poniedziałek, 13 marca 2017

Stabilne życie - życie w strachu?

Poniższy tekst to moja subiektywna opinia, mająca skłaniać do własnych przemyśleń. Nikomu nic nie narzucam. Ale:


Takie mamy czasy, że wszyscy jesteśmy indoktrynowani już od wczesnych lat do tego, by wypełniać pełen schemat życia, w którym najpierw chodzimy do szkoły, której nie lubimy (bo przedmioty wykładane nam są w nudny sposób, mający przygotowywać do bezdusznych egzaminów, a nie prawdziwego życia), potem łapiemy zawód, który czasem nawet lubimy, ale przejada nam się już po pierwszym pół roku dorosłego życia i - jeśli mamy farta - to dostajemy za ten zawód w miarę godziwe wynagrodzenie. Mija 40 lat wegetacji, a potem jak już nie mamy w sobie życia, przychodzi (albo i nie) emeryturka. I do piachu.


A ile przez ten czas tak w rzeczywistości przeżyliśmy? I jaki jest sens zapieprzania wszystkie te lata? Rozłóżmy to na czynniki pierwsze:
1. uczymy się, walczymy o kwalifikacje by zdobyć zawód
2. zawód ma dać nam pieniądze na utrzymanie
3. stabilne utrzymanie ma dać nam możliwość bezpiecznego życia (stać na lekarza, na utrzymanie rodziny, na ewentualne zachcianki gdy korzystamy z 1/3 życia która jest tylko dla nas - bo doba to 24 godziny. 8 w pracy, 8 na sen).
4. Przeskakujemy z etapu "nie lubię swojego życia, bo jestem niewolnikiem szkoły" na etap "nie lubię swojego życia, bo jestem niewolnikiem zobowiązań wobec: [pracy, rodziny, kredytu]", do grobowej deski.
A gdzie w tym wszystkim jakaś emocjonalna intensywność? Łapanie wspomnień, przeżyć, doznań? Odpowiedzialność, próby ciągłego udowadniania przed sobą i innymi, że jest się porządnym, próby dbania o wszystko i wszystkich dookoła oraz strach, że nie podoła się któremuś z tych zadań uzależnia nas. Nauczeni, by bać się ryzyka, nie chcemy doświadczać już na starcie niczego nowego.

Życie według standardowego schematu uczy nas, że ryzyko się nie opłaca. Że od początku wszystko musi być stabilne, niezmienne i nudne, bo w innym wypadku robi się niebezpiecznie. Ale czy taka jest nasza natura?

Coraz częściej słyszy się o prezesach i ich zastępcach, którzy rzucili etat w korpo, często nawet taki za 10 - 15 tysięcy miesięcznie i wyjechali do Peru lub Tajlandii, by otworzyć kramik z jedzeniem i żyć sobie z dnia na dzień, bez stresu, odpowiedzialności, ciesząc się interakcją z innymi ludźmi. Większość z nas ma ich za szaleńców, ale Ci szaleńcy w gruncie rzeczy są szczęśliwi. Domowe kundle znów poczuły, jak to jest być wilkiem. ;)


Sam jestem dość młody i pewnie z biegiem czasu zwolnię troszeczkę tempo, ale póki co myślę, że warto walczyć o to, by życie - nawet jeśli jest intensywne, pełne przeciwności losu i kłód pod nogami - było szczęśliwe. By zostawić jak najwięcej wspomnień po sobie i osiągnąć tyle, na ile mam potencjał. A nie tyle, na ile pozwoli mi jakiś przypadkowy zwierzchnik. I choć nie mam się za wzór i nikomu z czytających nie chcę narzucać mojego toku myślowego, szczerzę radzę: dbajcie o siebie. Nie zawsze oceny, wizerunek, pieniądze są najważniejsze. Czasem trzeba po prostu - cytując klasyka - pomyśleć "co lubię w życiu robić" i zacząć to robić.



niedziela, 12 marca 2017

Medytacja ruchowa - w zgodzie z sobą?




Gdy słyszymy słowo 'medytacja' przed oczami pojawia nam się obraz łysego mnicha mamroczącego coś pod nosem, siedzącego w przykładnym bezruchu od paru godzin i choć stereotyp ten przełamywany jest przez znawców sportu, dietetyków świadomych ciągłego oddziaływania kortyzolu na nasz organizm oraz speców od wschodnich sztuk walk, to wciąż bardzo mało korzystamy z dobrodziejstw, jakie niesie ze sobą taka forma odprężenia.

Klasyczna medytacja polega na uspokojeniu ciała i umysłu (niemyślenie o niczym stanowi wyzwanie dla większości z nas i nie ma co do tego wątpliwości) tak, by całe ciało mogło odpocząć od bodźców zewnętrznych i zregenerować się. I nie będę zagłębiał się w techniki jej 'wykonywania', bowiem w internetach macie tego po uszy i po wklepaniu stosownego hasła wystarczy wybrać coś dla siebie.


Sam chciałbym skupić się jednak na innej formie medytacji, pewnego rodzaju mutacji, jaką jest medytacja ruchowa. Bez przytaczania encyklopedycznych definicji, w moim postrzeganiu medytacja ruchowa to taka forma ruchu - ćwiczenia, które najlepiej żebyśmy mogli wykonywać samodzielnie - która pochłania 100% naszej uwagi w trakcie wykonywania wspomnianych ćwiczeń.
Ten typ medytacji nie uchroni nas przed skokami kortyzolu, bowiem każdy wysiłek dla naszego organizmu jest stresem, ale jest to świetne ( i znacznie zdrowsze od imprezowania do odcięcia ) "przeczyszczenie" umysłu. Bowiem, gdy skupiamy się na danym ćwiczeniu / zadaniu, które sobie postawiliśmy, nie martwimy się tym, by nie myśleć o niczym, tylko rzeźbimy nasze ćwiczenie, budujemy odruchy, "malujemy" ruchem pewnego rodzaju dzieło sztuki.


Dla mnie świetnymi przykładami medytacji ruchowej są:
-W wydaniu wschodnim: sekwencje Tai Chi (razem z ich pracą oddechu), układy TUL z Taekwondo oraz KATA z różnych odmian Karate, czyli praca nad oddechem, dopracowaniem ruchu lub sekwencji ruchów do perfekcji oraz wyrabianie i szlifowanie odruchów.


-W wydaniu zachodnim: sekwencje Capoeira, czyli praca nad płynnym przechodzeniem ze znanych mi elementów i układanie ich w dowolnej kolejności, odkrywając przy tym kolejne wariacje wykonywanych technik. "Układanka"


-Uniwersalnie: Elementy akrobatyczne, techniki specjalne - tj. doszukiwanie się drobnych niedopatrzeń technicznych, których wyeliminowanie skutkuje poprawnym wykonaniem elementu; walka z własnymi blokadami psychicznymi i poprawianie świadomości ciała w warunkach nienaturalnych dla człowieka (w locie!).

 
Jestem pewien, że część znawców nie zgodzi się ze mną w kwestii wykorzystania powyższych dziedzin w tym właśnie celu, jednak sam wierzę, że niemal każda forma ruchu może stać się medytacją ruchową, jeśli podejdziemy do niej z odpowiednią dozą kreatywności.

Ciekawym efektem ubocznym przytoczonej przeze mnie formy ćwiczeń jest to, co dzieje się w naszej głowie po zakończeniu jednostki treningowej: zmęczenie, czasem wręcz przepalenie fizyczne ciała sprawia, że umysł uodparnia się na drażliwe bodźce. Podświadomie szukamy odpoczynku, relaksu, a więc i sami stajemy się łagodni. Łatwiej przychodzi nam przejrzyste myślenie, z głowy uchodzi chaos, a i często bywa, że w trakcie ćwiczeń zrobiliśmy widoczny postęp, którego osiągnięcie od razu buduje i naszą samoocenę.


Życie w zgodzie z sobą to wielkie wyzwanie, któremu niewielu jest w stanie podołać, bo wpływa na nie bardzo wiele czynników: zawód, ludzie nas otaczający, nasz status społeczny, własna definicja szczęścia czy małe / duże cele które sobie wyznaczamy. Jeśli jednak akurat ktoś z Was, ewentualni czytelnicy, nie ma w naturze przelewania swoich emocji na innych, ani nie chce uciekać się do używek, by się "zresetować", to medytacja ruchowa jest świetnym wyjściem.