poniedziałek, 18 stycznia 2016

Gwiezdne Wojny!


Miałem ciężko uczyć się statystyki, więc przychodzi świetna okazja do napisania posta. Przechodząc do sedna sprawy: dużo rozwodziłem się w przeszłości o skrajnych emocjach, doprowadzaniu swojego ciała i psychiki do granic, itp. No i od ciosu do ciosu, od wymiany do wymiany, klejąc na twarz kolejnego sierpa od 30-kilo cięższego ode mnie sparingpartnera, doszedłem do wniosku, że walka ma dwie filozofie, podobnie jak... Gwiezdne Wojny!

Konkretniej, kto oglądał, ten wie, że cała historyjka Star Wars rozwodziła się o starożytnych 'mnichach' - jedi i ich złej odmianie, tj. sithach. Obie strony używały mocy, by poprawić swoją sprawność fizyczną, skillsy telepatyczne (...) bla bla bla i tak dalej, jednak używali jej w skrajnie odmienny sposób.



Sithowie, wyznawcy 'ciemnej strony' kosztem swojego wyglądu zewnętrznego i zdrowia, dążyli do osiągnięcia maksymalnej siły w jak najkrótszym okresie czasu. Tuningowali się różnymi elektronicznymi sprzętami i dawali się nosić emocjom. Ich ból, żal, wściekłość, potrafili ukierunkować i wyładować wprost na przeciwnika. Wyobraźcie sobie, że potraficie całe zło jakie przytrafiło się wam w życiu skierować na faceta, który stoi przed wami w oktagonie. Gość ma prze*ebane, no nie?



Jedi z kolei wierzyli, że ich dar służy do pomocy innym i że prawdziwa siła rodzi się z umiejętności opierania się pokusom ciemnej strony (żadnych 'dopalaczy' elektronicznych, pełne opanowanie nad emocjami, nawet gdy ktoś nas dotkliwie rani fizycznie / psychicznie, pokój umysłu, itp.). Zachowywali zimną krew i skrajny spokój nawet w najbardziej ekstremalnych sytuacjach.

W świecie sztuk walk istnieje podobna zależność. Podczas ofensywy, gdy kleimy kolejne 'ciepłe luty' na gardę, twarz i co tam jeszcze, narasta w nas mimowolnie furia. Odczucie to jest tym silniejsze im bardziej walka jest nie fair (np. do waszej sekcji mma przychodzi 30 kg cięższy bokser. W każdej innej sytuacji zaj**alibyście gnoja po pierwszej minucie, ale trener kazał robić tylko boks, więc koleś mocno was bije. Co gorsza, napala się. Widać, że chce wam zrobić krzywdę, a nie potrenować), im bardziej 'bezbronni jesteśmy'. I podobnie jak w gwiezdno-wojennej analogii, gdy wybuchniemy, podpalimy się, stajemy się niebezpieczni, zarówno dla otoczenia, jak i dla siebie. Nie zasłaniamy się, staramy się zadawać ciosy, ranić. Wypalamy się.

Prawdziwym mistrzostwem bowiem jest zachowanie pełnego spokoju i opanowania. Zarówno w walce sportowej jak i w samoobronie, znajomość swoich możliwości i ufanie sobie, swojemu przygotowaniu, daje sporą przewagę nad przeciwnikiem. Jeśli jesteśmy spokojni, mamy świadomość strachu ale nie dajemy się mu pożerać, panujemy nad swoim ciałem i umysłem, wtedy jesteśmy wielcy. Gdy, z kolei, lecimy do boju opętani furią, nasza wielkość jest złudna. Chęć zemsty, prowadzenie się adrenaliną, strachem, wściekłością, żalem - każdą z tych "ciemnych" emocji - prowadzi w gruncie rzeczy do dalszego bólu.



Konsekwencje prowadzenia życia zgodnie z wspomnianą "ciemną stroną" zostawiają po sobie pamiątki. Im bardziej jesteśmy mściwi, tym bardziej przecież ktoś inny będzie mściwy na nas. Karma wraca. Tak więc jako wojownicy, jesteśmy zobligowani do zachowania "zimnej głowy" i panowania nad sytuacją. I pomagania słabszym, jeśli zajdzie taka potrzeba (zamiast wyżywać się na nich / wykorzystywać takie jednostki). I nie jestem nikim oświeconym - te prawy zostały zawarte w kodeksach wielu szkół, od Akademii Capoeira Mestre Bimby, przez zasady JKD Bruce Lee, po kodeks Kyokushin Sensei Masutatsu Oyamy. I kto o nich zapomina, nie jest wojownikiem. Jest "tylko" sportowcem.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz