wtorek, 26 stycznia 2016

Jak zacząć?



Hej! Ostatnio bardzo dużo produkowałem się na temat tego, że pierwszy krok jest najważniejszy, biały pas / czysta corda to dla nas nobilitacja, i tak dalej. Zabrakło jednaj najważniejszego aspektu, tj. rzeczowej, konkretnej instrukcji, od czego powinno się zacząć trening, swój rozwój. Dziś mam zamiar być znacznie bardziej konkretny.

Pierwszą rzeczą - i będę powtarzał to do znudzenia - jest podjęcie decyzji o rozpoczęciu treningu i wykonanie jej, bez zbędnego namyślania się. Sprawdzone jest założenie, że im więcej myślimy nad czymś, tym więcej wymówek potrafimy sobie wykombinować, przez co w ostateczności nie realizujemy swojego celu. Dlatego w tej sytuacji należy zadać sobie pytanie (tu w przypadku sztuk walki): Co chcę robić?

By odpowiedzieć na to pytanie, wystarczy przejrzeć środowisko internetu. Jest tam pełno opisów rozmaitych klubów, szkół i stylów walki. Youtube też może nam troszeczkę pomóc. Mając takie wstępne wyobrażenie danego "stylu" nie pozostaje nam nic innego, niż pójść. Nie, nie myśleć dalej, że może inny klub, inny styl, coś - pójść. Na wątpliwości czas będzie potem.

Gdy dotrzemy na zajęcia, warto zwrócić uwagę na kilka istotnych aspektów:
-klimat panujący w klubie
-trener - jego profesjonalizm, podejście, wrażenie jakie daje
-środowisko, tj. ludzie którzy trenują w tej szkole. Ich nastawienie, Twoje odczucia względem nich.

Nie ważne bowiem, czy trenujemy sport, sztukę czy system walki, od powyższych aspektów (pomnożonych przez naszą determinację) będzie zależało, czy utrzymamy regularność treningów. Dużo łatwiej bowiem wraca się do miejsca ciężkiej pracy, gdy odpowiada nam klimat w tym miejscu panujący.

Trenując, musimy być świadomi z czym mamy do czynienia, ponieważ zasady treningów sportu, sztuki i systemu walki są różne (poniższy opis jest bardzo ogólnikowy i przyznaję, może być krzywdzący dla reprezentantów wszystkich trzech 'klas', dlatego też polecam sprawdzać to co piszę empirycznie. Czyny mówią więcej niż słowa):


Sport walki ma przygotować nas do rywalizacji sportowej. Choć nie jest to obligatoryjne, sportowiec często uczestniczy w różnych formach rywalizacji, w związku z czym sezonowo jego wydolność i forma fizyczna doprowadzana jest do górnych limitów (sezony sportowe).


Sztuki walki nawet gdy mają elementy rywalizacji sportowej (formułę zawodów), zazwyczaj mają na celu rozwój Twojej techniki i utrzymanie ciała na pewnym ponadprzeciętnym poziomie sprawności fizycznej cały czas. Co więcej, nie kształcą jedynie w zakresie techniki walki, ale i wpajają całą otoczkę kulturową danego "stylu"tj. techniki specjalne / akrobatyczne, kata, sekwencje, czasem nawet muzyka, japońskie wiersze, walka bronią białą czy też medycyna naturalna.


Systemy walki zakładają nauczenie przeciętnego człowieka odpowiednich odruchów i prostych technik, by stał się biegły przede wszystkim w (wyjątkowo trudnej) sztuce obrony koniecznej. Do tego celu często wyciąga się najprostsze elementy ze sportów walki i przeplata je z 'brudnymi' ciosami / chwytami (palce w oczy, kop w jaja, itp.). Na takich zajęciach często (czego ja osobiście nie popieram - rozbrajanie przeciwnika gołymi rękoma jest problematyczne dla ekspertów sztuk walk, nie powinno być więc wpajane osobie, która nie ma pojęcia o realiach walki) uczy się też rozbrajania przeciwnika z broni palnej / broni białej.

Zaznaczam, że nie ma opcji "najlepszej". To jakim wojownikiem się staniemy to w bardzo dużej mierze wkład naszej pracy. System walki można mieszać ze sztuką, sztukę ze sportem. Można też doprowadzić się do perfekcji w jednej, ulubionej dziedzinie, jednak pamiętać należy, że trening służy temu, by adept samodoskonalił się i choć mówi się, że to trenera rolą jest 'dociskać' uczniów, to ucząc się sztuki/stylu/systemu walki musimy pamiętać, by dawać z siebie zawsze przynajmniej troszkę więcej, niż możemy. Takie 110%. Bo na tym polega rozwój. Na pokonywaniu swoich wcześniejszych barier.

Warto też dostrzegać inne korzyści płynące z treningu. Abstrahując od sprawności fizycznej, trening umożliwia nam poznanie ludzi, wmieszanie się w środowisko które po części - niczym rodzic - nas wychowuje, rozwija osobowość. To bardzo ważny, choć często niedoceniany aspekt sztuk/sportów/systemów walki.

Dużo zdrowia, sukcesów osobistych i sportowych,
Paw. :)

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Gwiezdne Wojny!


Miałem ciężko uczyć się statystyki, więc przychodzi świetna okazja do napisania posta. Przechodząc do sedna sprawy: dużo rozwodziłem się w przeszłości o skrajnych emocjach, doprowadzaniu swojego ciała i psychiki do granic, itp. No i od ciosu do ciosu, od wymiany do wymiany, klejąc na twarz kolejnego sierpa od 30-kilo cięższego ode mnie sparingpartnera, doszedłem do wniosku, że walka ma dwie filozofie, podobnie jak... Gwiezdne Wojny!

Konkretniej, kto oglądał, ten wie, że cała historyjka Star Wars rozwodziła się o starożytnych 'mnichach' - jedi i ich złej odmianie, tj. sithach. Obie strony używały mocy, by poprawić swoją sprawność fizyczną, skillsy telepatyczne (...) bla bla bla i tak dalej, jednak używali jej w skrajnie odmienny sposób.



Sithowie, wyznawcy 'ciemnej strony' kosztem swojego wyglądu zewnętrznego i zdrowia, dążyli do osiągnięcia maksymalnej siły w jak najkrótszym okresie czasu. Tuningowali się różnymi elektronicznymi sprzętami i dawali się nosić emocjom. Ich ból, żal, wściekłość, potrafili ukierunkować i wyładować wprost na przeciwnika. Wyobraźcie sobie, że potraficie całe zło jakie przytrafiło się wam w życiu skierować na faceta, który stoi przed wami w oktagonie. Gość ma prze*ebane, no nie?



Jedi z kolei wierzyli, że ich dar służy do pomocy innym i że prawdziwa siła rodzi się z umiejętności opierania się pokusom ciemnej strony (żadnych 'dopalaczy' elektronicznych, pełne opanowanie nad emocjami, nawet gdy ktoś nas dotkliwie rani fizycznie / psychicznie, pokój umysłu, itp.). Zachowywali zimną krew i skrajny spokój nawet w najbardziej ekstremalnych sytuacjach.

W świecie sztuk walk istnieje podobna zależność. Podczas ofensywy, gdy kleimy kolejne 'ciepłe luty' na gardę, twarz i co tam jeszcze, narasta w nas mimowolnie furia. Odczucie to jest tym silniejsze im bardziej walka jest nie fair (np. do waszej sekcji mma przychodzi 30 kg cięższy bokser. W każdej innej sytuacji zaj**alibyście gnoja po pierwszej minucie, ale trener kazał robić tylko boks, więc koleś mocno was bije. Co gorsza, napala się. Widać, że chce wam zrobić krzywdę, a nie potrenować), im bardziej 'bezbronni jesteśmy'. I podobnie jak w gwiezdno-wojennej analogii, gdy wybuchniemy, podpalimy się, stajemy się niebezpieczni, zarówno dla otoczenia, jak i dla siebie. Nie zasłaniamy się, staramy się zadawać ciosy, ranić. Wypalamy się.

Prawdziwym mistrzostwem bowiem jest zachowanie pełnego spokoju i opanowania. Zarówno w walce sportowej jak i w samoobronie, znajomość swoich możliwości i ufanie sobie, swojemu przygotowaniu, daje sporą przewagę nad przeciwnikiem. Jeśli jesteśmy spokojni, mamy świadomość strachu ale nie dajemy się mu pożerać, panujemy nad swoim ciałem i umysłem, wtedy jesteśmy wielcy. Gdy, z kolei, lecimy do boju opętani furią, nasza wielkość jest złudna. Chęć zemsty, prowadzenie się adrenaliną, strachem, wściekłością, żalem - każdą z tych "ciemnych" emocji - prowadzi w gruncie rzeczy do dalszego bólu.



Konsekwencje prowadzenia życia zgodnie z wspomnianą "ciemną stroną" zostawiają po sobie pamiątki. Im bardziej jesteśmy mściwi, tym bardziej przecież ktoś inny będzie mściwy na nas. Karma wraca. Tak więc jako wojownicy, jesteśmy zobligowani do zachowania "zimnej głowy" i panowania nad sytuacją. I pomagania słabszym, jeśli zajdzie taka potrzeba (zamiast wyżywać się na nich / wykorzystywać takie jednostki). I nie jestem nikim oświeconym - te prawy zostały zawarte w kodeksach wielu szkół, od Akademii Capoeira Mestre Bimby, przez zasady JKD Bruce Lee, po kodeks Kyokushin Sensei Masutatsu Oyamy. I kto o nich zapomina, nie jest wojownikiem. Jest "tylko" sportowcem.



niedziela, 10 stycznia 2016

Najważniejszy stopień



Motyw, który dziś przedstawię męczony był prawdopodobnie już wiele razy gdzieś w środowiskach internetów. Jego przekaz jednak jest na tyle dosadny i - możliwe - wpłynie na życie osóby, kilku osób, że warto podzielić sie nim z Wami.


Chodzi mi o wartościowanie stopni, pasów (filozofia, którą opisuję, nawiązuje głównie do sztuk walki, jednak po lekkiej reinterpretacji może być równie dobrym motywatorem dla osób uprawiających każdą inną dyscyplinę, tj. taniec, śpiew, terenowe szachy, itp.). Ile razy spytamy kogoś przypadkowego o to, który pas jest najważniejszy, większość osób odpowie, że czarny. Oczywiste, bo to przecież symbol mistrzostwa, osiągniętej perfekcji w danej sztuce.

Zróbmy jednak eksperyment:
Załóżmy, że na świecie jest 7 mld ludzi, z czego 6 900 000 000 nie trenuje w ogóle sztuk walki.
Milion ludzi trenuje sztuki walki,
do poziomu czarnego pasa dochodzi powiedzmy 500 000 (pół miliona).

Decydując się na wyjście z grupy "wszyscy" jesteśmy jedną osobą na 6,9 mld która zdecydowała się dokonać 'zmiany' swojego poziomu, stylu życia. A gdy przechodzimy z poziomu przed czarnym na czarny pas, to jesteśmy jeden na wspomniane przykładowe 500 000. Do czego dążę? Pierwszy stopień, pierwszy krok to w naszej przygodzie największe wyróżnienie, wyciąga nas z grupy szarych ludzi i wkłada do elitarnego zbioru ludzi, którzy coś robią.


Świętą prawdą jest, że najtrudniejszy krok to krok pierwszy, ponieważ my, ludzie, lubimy czuć się komfortowo. Codziennie walczymy z przeciwnościami losu, nie chcemy ich jeszcze więcej. To sprawia, że szukamy sobie wymówek. "Dziś nie pójdę bo mnie noga boli, a w sumie to nie jestem gruby, po co się będę ruszał". I zostajemy w domu, w większej części nie rozwijając się wcale (bo gdy ktoś uczy się nowej umiejętności, śpiewa, tańczy, gotuje, my siedzimy i pasywnie pożeramy internetowe medium. Zombie.). Dlatego też śmiem twierdzić, że biały pas to dużo większy krok, niż czarny. Uczyć się można w nieskończoność, ale zacząć naukę można raz. :)


Jak już wspomniałem, biały pas nie jest jedynie symbolem w sztukach walki. Może to być decyzja o rozpoczęciu nauki tańca lub gotowania. No bo ja wiem. Sport to się kojarzy z noworocznymi postanowieniami, robieniem rzeźby, masy, siły, blah blah. Nie każdy musi. No ale przypomnijcie sobie ile razy myślało się nad tym, by np. wyjechać. Spontanicznie, bez celu, tylko po to, by cieszyć się podróżą, poznanymi ludźmi i zdobytym doświadczeniem... Ale nie pojechało się bo to, bo tamto. Czyli w gruncie rzeczy nie założyliśta swojego podróżniczego białego pasa.

Post ten piszę motywowany pewną krótką rozmową, która niedawno mi się przydarzyła. Podejmujcie decyzje i nie myślcie nad nimi za długo. Bo życie jest krótkie i warto robić rzeczy.