poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Wyraź się!


Mistrz Bruce Lee głosił, że sztuki walki to nie tylko metody treningu ciała. Kopnięcie, uderzenie - to nie są tylko mechaniczne ruchy, ale forma ekspresji. Choć często dzielimy się na style, które bardzo dokładnie określają, jak dana technika powinna być wykonana, to jednak nie ma dwóch identycznych osób. Co za tym idzie, nie ma też dwóch identycznie wykonanych technik (choć na wysokim poziomie zaawansowania kilku adeptów, wspomniane wyglądają niemal tak samo).

Wykonując ruchy, wyrażamy siebie. Dajemy ujście emocjom, które w nas siedzą. Staramy się często dotrzeć przy tym do skraju wytrzymałości - bo tam czeka ukojenie psychiczne. Umysł wojownika to czysty umysł.



Sztuki walki to taki 'multitool'. Paradoksalnie, nie używamy ich prawie wcale do walki o swoje życie, samoobrony, itp., a realizujemy nią własne ambicje. Od najbardziej błahych (jak przykładowo chęć zrzucenia zbędnych kilogramów / poprawy sylwetki) przez ambicje sportowe (zawody, medale, pow! pow!) po leczenie "chorób duszy". Wielu z nas ucieka na siłownię, salę, do dojo tylko po to by odciąć się od świata zewnętrznego. Liznąć trochę prawdziwej wolności z dala od życia codziennego i móc 'wyrazić siebie'. Z każdym ciosem, kopnięciem, dać ujście swoim żalom, gniewu, a czasem wręcz przeciwnie - euforii.

Doskonaleniem kolejnych technik budujemy też swoją samoocenę. Gdy pracujemy ciężko, stajemy się lepsi. A gdy dostrzegamy, że stajemy się lepsi, to mimowolnie, 'łatamy' istniejące kompleksy / blokujemy powstawanie nowych.


Trening to piękne narzędzie do poznawania samego siebie. Wspominałem już kiedyś słowa Joe Rogana - "You can't be full of bullshit, doing martial arts". Gdy jesteśmy w towarzystwie, stadzie, często wymówkami wywyższamy się nad drugą osobą. "Zrobiłbym to lepiej niż on, ale..."; "jestem lepszy od niego, tylko akurat...", a w końcu gimnazjalne "co z tego, że trenuje karate. To nieskuteczne, mam go na szota". Osoba, która regularnie pojawia się na sali i konfrontuje swoje umiejętności z innymi, równie ciężko pracującymi, zna swoje miejsce w szeregu. Chce być wyżej, chce robić lepiej, jednak wie, że by to osiągnąć, nie wystarczy puste gadanie. Trzeba realnie działać. Dlatego zaawansowani wojownicy są też często bardzo zdystansowanymi do siebie ludźmi.


Na zakończenie, wszystkich czytelników chciałbym zachęcić do zapoznawania się z materiałami dotyczącymi filozofii Mistrza Bruce Lee. Niemal codziennie utwierdzam się w przekonaniu, że wszystko o czym mówił, jest prawdą. Zarówno, jeśli chodzi o praktyczny trening walki, jak i o tą 'duchową' część rozwoju wojownika.

Worek treningowy to świetny psycholog.






niedziela, 9 sierpnia 2015

Kult siły

Na wstępie zaznaczyć chciałbym, że choć post ten pełen jest generalizacji i uogólnień. Nie mierzę każdego jedną miarą, a w wypowiedziach odnoszę się raczej do statystycznej większości. Prawilnie przypominam też, że każda pojedyncza osoba to osobna historia, unikatowa książka i nawet gdy podejmujemy się uogólnień, o zasadzie tej nie wolno zapominać.
No to jazda:



Jestem właśnie świeżo po książce Artura Górskiego "MASA o kobietach polskiej mafii" i choć polecam ją absolutnie wszystkim (bo uważam, że wciąga, jest pisana prostym, ale i estetycznym językiem i trafia do czytelnika), to przyznam się, że po zapoznaniu się z jej pełną treścią przeżyłem pewne wewnętrzne załamanie. Dlaczego? Bo utwierdziła mnie w dość nieprzyjemnym przekonaniu, którego wygłoszenie publicznie prawdopodobnie będzie dla mnie strzałem w kolano. No ale jak powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B.



Mimo tego, czym bombardują nas media, moda, legendy o studiach i innych "bujnych" okresach w życiu, chciałbym wierzyć, że inteligentna kobieta (choćby taka "po studiach" - choć i to nie zawsze idzie w parze...) to taka, która zna swoją wartość albo przynajmniej szanuje się w jakimś stopniu. I żeby było jasne: Nie uważam, że jakimś wielkim nietaktem jest typowy dla okresu studenckiego "przygodny seks" (choć myślę, że nawet w takiej konfiguracji dobierająca się "para" powinna widzieć w sobie wzajemnie jakąś wyższą wartość, coś więcej niż pociąg fizyczny, nawet jeśli to jednorazowy wyskok bez happy endu), jednak obrzydzenie i pogarda rodzą się we mnie w trybie natychmiastowym gdy tylko utwierdzam się w przekonaniu, że część kobiet, które budzą szacunek (kobiety sukcesu, te które widzisz w TV, a nawet niektóre 'koleżanki', które mijasz codziennie na ulicy i nigdy byś ich nie podejrzewał - te rezolutne, rozmowne, "rozgarnięte") mają za sobą kilka aktów cielesnych, których JEDYNYM i WYŁĄCZNYM celem było wywalczenie sobie pewnej pozycji społecznej, lepszych warunków. Krócej: zysk materialny.


Blog ten po części ma na celu promocję sportowego, zdrowego trybu życia, ale za dużo przy 'kieliszku' w trakcie studiów się nasłuchałem 'z pierwszej ręki', by wciąż wierzyć w pozory i pierwsze wrażenie. A lektura, którą przytoczyłem kilka zdań temu, od pierwszej do ostatniej strony utwierdza mnie w przekonaniu, że kobieta, która nigdy nie posunie się do zaoferowania swoich usług cielesnych za korzyści materialne, to nie coś zwyczajnego, częstego; a unikat. Diament wśród węgla. "Masa" podkreśla w niej dobitnie i wielokrotnie, że kobiety, które pojawiały się u niego na "zawołanie" (i uwierzcie, opisuję to tu delikatnie, łagodnie!) to nie były jakieś prostytutki, a wyrafinowane, inteligentne dziewczyny z dobrych domów. Bo jak po sukces, to najłatwiejszą drogą, hę?



Z przykrością stwierdzam, że jakichkolwiek wartości byśmy nie pielęgnowali w duszy, największe korzyści osiąga się siłą / przez eksponowanie władzy. Najprostszy przykład, z natury: Jeśli pijany drechol widzi dwóch gości, krępego ziomka w luźnej koszuli i dwumetrowego świniaka, na którym podkoszulek mało się nie zrywa, to jeśli będzie chciał kogoś kroić, niemal na 100% wybierze tego pierwszego. Dlaczego? Bo jak zwierzę, instynktownie uznaje go za słabszą jednostkę. A fakt, że pierwszy może okazać się czarnym pasem taekwondo, a drugi ma problem z umyciem zębów rano (co dopiero podjęcia kilkuminutowej walki) to już absolutny detal. Nie liczy się jak mocno dziobiesz, Pawiu, tylko jaki masz wielki... Ogon. ;]



Nasze kwalifikacje, własną wartość, to jak ktoś będzie nas postrzegał codziennie, ustawić możemy kilkoma prostymi guzikami, tj. stosownie dobrać ubiór, ton głosu, mimikę twarzy, fryzurę. Z każdego "badassa" da się zrobić mięczaka, a z mięczaka "badassa" - przynajmniej pozornie. I nie trzeba do tego ani lat siłowni, ani treningu walki.



W społeczności, w której większe korzyści osiąga się pośrednią / bezpośrednią przemocą lub ofertami cielesnymi (czyli w obu przypadkach zachowaniami na poziomie zwierzęcym) ludzie wartościowi niestety są już na "wyginięciu", więc jeśli ktoś z Was poznał takie (NIESPRZEDAJNE), to jakkolwiek ich odchył od 'normalności' wyglądałby dziko, należy im się szacunek. I zapamiętać należy, że pieniądze to tylko papier, umowna forma zapłaty. Jednego dnia je mamy, innego nie. Ale "siebie nie oszukasz". Mamy jedno życie i jest ono zbyt krótkie, by poświęcić je na bycie popychadłem / zabawką dla kogoś innego.

Jeśli chodzi o mnie:
Szanuję kobiety (choć książka Artura Górskiego rozerwała mi serce);
Walczę i trenuję by być niezależnym (m. in. od tych, którzy stosują przemoc jako środek argumentacji);
Wierzę w ludzi (choć z dnia na dzień coraz mniej);

Keep movin' on!


p.s.
Post pisałem pod wpływem książki i własnych (samczych) przemyśleń. Z chęcią jednak usłyszę, co nam do zarzucenia ma 'druga strona'. ; )