niedziela, 17 maja 2015

Może być łatwo albo ciekawie



Jestem świeżo po Batizado e Troca de Corda, czyli ceremonii nadawania stopni w Capoeira i siedząc sobie tak po nocy, pochłonięty dochodzeniem do siebie i rozmyślaniem o mojej pracy licencjackiej (na którą zostały dwa tygodnie - lubię wyzwania) doszedłem do pewnych wniosków. Tak oczywistych, że aż niewidocznych dla większości z nas. Mówię o prostym motto, które zawiera się w tytule tego posta.

Ciekawi ludzie lubią wyzwania. Trzeba to stwierdzić. Ktoś może mnie oskarżyć, że generalizuję, mierzę wszystkich swoją miarą, ale jest zasadą, że cel, który osiągnęło się przez ciężką pracę i usilne starania daje dużo większą satysfakcję, niż taki, który się ot tak otrzymało, dostało w darze od losu. Przykładów na powyższe twierdzenie jest mnóstwo. Pozwolę sobie przytoczyć te, które wydają mi się najbardziej obrazowe, ciekawe. Zarówno ze świata walki, jak i życia codziennego.

Najbrutalniejszym ogólnikiem, jaki pcha mi się na myśl, jest przykład zestawienia dwóch milionerów. Pierwszego, który wygrał okrągłą smukę fartem w lotto oraz jego odpowiednika, gościa, który dorobił się grubego bilonu, bo założył firmę i pracował jak wół, żeby ją rozkręcić. Nasz farciarz prawdopodobnie roztrwoni swój majątek już w pierwszy rok od wygranej. Co gorsza, narobi sobie długów. Historia potwierdza, że statystycznie takie przypadki przeważają, jeśli chodzi o laureatów lotka. A jest to spowodowane brakiem odpowiedniego doświadczenia w manipulowaniu pieniądzem. Wprawy i hamulców, które zostały wpojone drugiemu milionerowi przez lata wzlotów i upadków. Fakt, że 'pracusiowi' było trudniej w życiu sprawia, że wyszedł na swoje.

Następny obraz zaczerpnięty zostanie z podwórka sztuk walk. Skoro już opowiadam tak o moim troca de corda, muszę zarzucić słowem wstępu - ta ceremonia w naszej grupie odbywa się raz do roku. I wcale nie jest pewne, że dostanie się kolejny stopień. Toteż często zdarza się, że ktoś święcie przekonany o tym, na bazie swojego 'widzimisię', że dostanie awans, rozczarowuje się w trakcie ceremonii, co z kolei owocuje odejściem takiego delikwenta od grupy, albo co gorsza, pożegnaniem jakiejkolwiek aktywności ruchowej. Pytanie tylko, czy stopień, który otrzymujemy na zawołanie, taki który jest pewny na 100% za każdym razem, rok rocznie, budziłby tak potężne emocje? Czy ekscytowalibyśmy się nim? Nie sądzę. Jednocześnie klaruje się pewna zależność. W świecie sztuk walk liczy się ciężka, wytrwała praca. Pojawiają się talenty, ludzie, którzy łapią coś szybciej niż inni, są też anty-talenty, które z kolei uczą się ruchu dwa, trzy, siedem razy wolniej. Jednak prędzej czy później każdy, kto pracuje sumiennie, będzie lepszy, dotrze do pewnego określonego poziomu zaawansowania (który w tym wypadku oznaczony jest sznurem, pasem, belką). Pas jest wyznacznikiem poziomu jaki osiągnęliśmy w zdobywaniu umiejętności, które daje nam dana dyscyplina. Mogą to być osiągnięcia sportowe, albo własne, moralne. Jednak zawsze jest to pewna znacząca ewolucja. Nauka sztuk walk utwardza nasz charakter. To świat, w którym otaczają Cię niesamowici ludzie, jesteś częścią wielkiej rodziny, ale w chwilach kluczowych, sprawdzianu, musisz liczyć na siebie. Każda walka, gra, sparing, to pojedynek przede wszystkim z samym sobą. Nie podasz piłki do kolegi z boiska, więc musisz się utwardzać. A to, co nosisz przy pasie, jest jedynie znakiem dla innych, że Z PEWNOŚCIĄ dotarłeś już do tego poziomu. Tak więc, jeśli nie ma takiej pewności, to po co nakładać na ciebie ciężar, którego mógłbyś / mogłabyś nie udźwignąć? Podsumowując, w tym przykładzie chcę pokazać, że droga przebyta do pewnego stopnia, cały proces treningu, rozwoju - podróż bez końca - jest sama w sobie nagrodą i to świadectwem naszego rozwoju. To po to trenujemy. By się rozwijać. I dlatego istnieje potężna różnica między umiejętnościami, A NAWET charakterem osoby, która posiada czarny pas, bo na niego zapracowała przez dziesiątki lat ciężkich treningów, a takiej, co dostała go np. z jakiejś śmiesznej para-federacji po roku doprowadzania się do inwalidztwa.

Przypomnij sobie o tym następnym razem, gdy uznasz, że dziś nie warto iść na trening. To właśnie wtedy odmawiasz sobie "awansu".


"To kwestia czasu by być niepokonanym, jak ciągle ćwiczysz tak to to się stanie"~Ńemy

W całej tej swojej wstępnej paplaninie wspomniałem o przykładach życiowych, a co jest bardziej życiowe, niż przypadki relacji damsko-męskich. Głośno w świecie o tym,że kobiety lecą na to, co nie jest dla nich dostępne. Lubią być zdobywane, jednak nie chcą dostawać nic na tacy. Lubią stabilizację, ale szukają ekscytacji. Sami widzicie jak to brzmi - totalny chaos. Toteż skupię się na poglądzie męskim, który jest mi dużo lepiej znany. A jest on następujący: lubimy wyzwania. Jakiekolwiek prostackie podejście mieliby faceci na tym globie, w 'tańcu godowym samców' (Fokus), przykładowo, na alkoholowych libacjach, gdy hormony buzują i nie mieszczą się na sali, to w naszych oczach większą wartość zawsze będzie miała osoba, kobieta, która zaskakuje. Którą ciągle odkrywamy, która ma swoje 'odchyły' od przeciętności. To zależność stała jak świat. Bowiem wygląd buduje tylko i wyłącznie pierwsze wrażenie. A i nie jest on wyznacznikiem wartości. Tylko ozdobnikiem. Bardziej obrazowo? Jeśli jesteś mężczyzną i czytasz ten tekst, to przemyśl, czy każda kobieta, z którą chciałeś się przespać, nadawałaby się na żonę...? ;)

 (( Podróż jest celem sama w sobie ))

Pierwszą część postu warto skończyć jakimś sensownym wnioskiem, albo chociaż radą. Tak więc, moja brzmi: myślcie. Czy to, że dostaniecie stopień, jest jedynym powodem dla którego trenujecie? Czy może chodzi o umiejętności, ludzi, doświadczenia, własną przemianę i podróż, dążenie do ideału? A jeśli wybraliście opcję B, to czy warto z tego wszystkiego rezygnować, bo ktoś ocenił nas inaczej, niż my sami ? Albo szerzej - czy, gdy dążymy do pewnego celu, aby na pewno chcemy go osiągnąć? Warto myśleć nad tym, czy ekscytuje nas podróż, czy jej kres. Myśleć o tym, co będzie, gdy osiągniemy już wyznaczony pułap. Czy pościg za nim nie przynosi nam szczęścia sam w sobie. Choćby po to, by na końcu się nie rozczarować.



==================Bonus 1 - Relacja z Batizado e Troca de Corda==================


W weekend 15-17.05.2015 odbyła się druga w historii grupy Orun Capoeira uroczystość nadania i wymiany stopni, tj. Batizado e Troca de Corda. Piątkowe warsztaty przeprowadził Mestre Para, Capoeirista z potężnym dorobkiem zasług oraz posiadacz czarnego pasa BJJ. Uczył nas eliminowania błędów biomechanicznych w figurach Capoeira. Tak by ekonomicznie dysponować energią oraz ograniczyć wyniszczanie organizmu (stawów, mięśni, wiązadeł) przy różnego rodzaju ruchach powtarzanych w Capoeira. Przedstawił nam też kilka innowacyjnych form stosowania zmyłek i przejść w jogo de Capoeira do rytmu benguela. Osobiście myślę, że zajęcia były przemyślane od pierwszej minuty. Wyniosłem z nich bardzo dużo.


Następny dzień, tj. sobota, podzielony był na dwa bloki - treningowy, poranny, podczas którego kolejni zaproszeni nauczyciele przedstawiali nam swoje interpretacje Capoeira i rozwijali nasze horyzonty (każdy na swój oryginalny sposób); oraz blok popołudniowy, podczas którego odbyła się właściwa ceremonia. Wg. tradycji stopnie nadawane były od najniższych, do najwyższych. Najpierw dziecięce, następnie dorosłe.
Warto nadmienić, że prócz klasycznych stopni uczniowskich (alunos / alunos advancado) nadane zostały corda (sznury) dla monitores oraz graduados (a taki awans to nie lada wyczyn :P).

W niedzielę rano (po części nieoficjalnej, tj. festa w klubie Przybij Piątaka we Wrocławiu - gorąco polecam tą miejscówkę, zwłaszcza gdy grają Wombat Sound) na wrocławskim rynku odbyła się uliczna roda (roda de rua) oraz oficjalne zakończenie uroczystości i podziękowanie gościom. Następny cel - obóz!


AXE ORUNNNNNNN!!!!!

==================Bonus 2==================

W relacji wspomniałem, że podczas ceremonii zostały nadane stopnie wyższej wagi, zaawansowane - monitores i graduados. W związku z tym, chciałbym się pochwalić, że od tego dnia nie jestem aluno, tylko Monitor Pavao. :)

Świat sztuk walk jest piękny i niezmierzony, a fakt, że przez całe życie będę mógł go odkrywać i nigdy nie dojdę do "końca" tej zabawy zawsze mocno poprawia mi humor!