czwartek, 30 kwietnia 2015

Kiedyś było lepiej? O doznaniach.


 Śniłem, że stwórca dał mi siłę
choć niewidoczną jak kraina cieni,
i pogodziłem się ze wszystkim, 
czego nie jestem w stanie zmienić.

Prosiłem, wlej we mnie tej
odwagi, o mój Panie
bym zmienił wszystko to, 
co zmienić jestem w stanie!

Zastanawiam się, czy jest jakaś uniwersalna zasada, która mówi, że im człowiek bardziej świadomy, tym smutniejszy. Może im bardziej doświadczony, tym mu gorzej? Dążę do tego, iż w życiu zachodzi pewien zauważalny paradoks, tj. na początku dążymy do poznania, doświadczenia. Czy to trenując, czy po prostu zmieniając coś w swoim życiu (np. przeprowadzka na studia świetnie tu pasuje).

Osobiście, w swoim życiu punktuję dwa przełomowe momenty, w których byłem uniwersalnie, niewinnie szczęśliwy. Są to małe przełomy w moim życiu. Pierwszy to ten okres przedszkolny, zerówkowy. Pierwsze wyjścia na dwór, poznawanie pierwszych kolegów, a w konsekwencji latanie dwudziestoosobową bandą gałganów po 'Błękitnym' z pukawkami, śliwkami i co my tam jeszcze mieliśmy. Drugi taki okres, to chyba właśnie początek studiów. Nie dlatego, że wreszcie nie musiałem się rozliczać z tego gdzie i kiedy wychodzę (choć pierwsze pół roku strasznie walczyłem z odruchem krzyczenia przed wyjściem, dokąd się udaję), albo dlatego, że mogłem jeść co mi się żywnie podoba (bo wiadomo, że na studiach i tak się w końcu za domowym obiadem zatęskni). W obu tych kluczowych momentach chodziło o stawanie przed czymś nieznanym.



Skupiając się na tym okresie studenckim. Nagle - po sześciu latach podstawówki, trzech latach gimnazjum i trzech latach liceum ( w sumie non stop w tym samym środowisku miasta rodzinnego, stopniowo tylko trochę poszerzanym przez różnego rodzaju imprezy ) otworzył się przede mną nowy, piękny świat, który przez zimne ściany "prądzyńskiego rejonu" dawał jednak szczęście, tj. swobodę i możliwość poznawania. Pierwszy semestr studiów to moment, w którym miałem około 500 osób na roku i każda z nich była w opór intensywnie nastawiona na poznawanie, integrowanie się. To był mój mały raj doświadczania. Przez okres pierwszego semestru przeżyłem dużo więcej zajebistych przygód, niż przez 3 lata liceum, albo 2,5 następnych lat studiów. Dlatego, że każdy dzień był inny, wiązał się z innymi, nowo poznanymi osobami i przesytem doznań. Takie życie chciałbym prowadzić. Rozmaite. Nawet jeśli miałby być materialnie biedne.

Dziś, gdy w playliście 'ulubionych' na youtube dochodzę do kawałków, które właśnie wtedy słuchałem, lub którymi mimowolnie budził mnie ówczesny gospodarz zza ściany, mimo wszystko wybucha we mnie ogromna nostalgia, żal i sentyment. Bo boję się, że takiej intensywności doznań już w swoim życiu nie doświadczę. Następnym wielkim krokiem w moim życiu będzie prawdopodobnie znalezienie pracy (albo rozwinięcie machiny sztuk walk do takiego poziomu, że staną się moją pracą) i ... Brr! Stabilizacja.

Ja i pewnie spora część czytelników tego bloga, jest akurat w tej grupie społecznej, która potrafi od stabilizacji skutecznie uciekać do swojego świata. Mamy zawody, warsztaty, seminaria, obozy, treningi, siłownię i wiele wiele innych utopii, do których uciekamy, by zapomnieć o codziennych obowiązkach. To znaczące pocieszenie, gdy codzienność wydaje się być szara i pozbawiona 'spontanów'.


A skoro już jesteśmy przy sztukach i sportach walki - to właśnie kolejne dawki ekscytacji sprawiają, że my, zawodnicy, wojownicy, tak ochoczo chcemy się rozwijać. Bowiem nie da się "nauczyć" sztuki walki. Nie da się opanować czegoś do perfekcji. Zawsze znajdzie się ktoś lepszy, zawsze znajdzie się umiejętność, której nie opanowaliśmy jeszcze na poziomie mistrzowskim. A nawet jeśli jesteśmy w czymś dobrzy, to zawsze możemy to jeszcze ulepszyć. Wojownicy to artyści, którzy rzeźbią dzieło swoich umiejętności i ciągle dodają do niego jakiś szczególik, tu coś poprawią, tam upiłują, dążąc nieustannie do nieosiągalnej perfekcji.

Innym pozytywnym aspektem takiego sposobu ucieczki jest możliwość zasymulowania sobie chociaż 'namiastki' spontanicznego życia, o którym wspomniałem w akapicie dotyczącym pierwszego roku studiów. Chodzi o ludzi. Mam ksywę Paw, bo Brazylijczyk, który wymyślał mi 'apelido' prawdopodobnie nie umiał wymówić mojego imienia i je przekręcił. Ale sam dopisałem sobie do niego pewne znaczenie. Otóż, zawsze gdy jakaś nowa laska pojawiała się na sali, w ramach rozgrzewki przed rozgrzewką (nierozsądnie oczywiście) wyprowadzałem sekwencje moich najbardziej szpanerskich, lanserskich i popisowych sztuczek, co by tylko zwrócić na siebie uwagę. Tak tak, wiem, #samiec - ale zaznaczam tylko, że jest to kolejny piękny aspekt sztuk walk, możliwość ciągłego poznawania ludzi.



Z tego miejsca chciałbym pozdrowić całą moją wesołą paczkę z pierwszego semestru / roku studiów. Ludzi, którzy teraz porozchodzili się po pracach, AWFach, innych ekipach, albo ciągle są ze mną w kontakcie ( np. dlatego, że mimo wspólnego wydziału, poznaliśmy się na macie Punchera, obijając se wzajemnie ryje i uda :D ), bo w gruncie rzeczy, prócz mojej rodziny Capoeira, byliście drugą 'drużyną', w której naprawdę byłem szczęśliwy.

A osobom, które trenują, pracują nad sobą, zostawiam tutaj jedną, ważną radę. Nawet jeśli macie czarne pasy, na których jest więcej belek, niż w drabinie, nigdy nie rezygnujcie z dalszego poszukiwania. Nie uznawajcie się za mistrzów ostatecznych, albowiem wtedy bardzo możliwe, że stracicie miłość do sztuki, którą uprawiacie. Zadufanie w sobie jest złe w sztukach walki. Jest chorobą. Ponieważ, jeśli znamy coś zbyt dobrze, nie zaskakuje nas, nie ekscytuje, to po prostu nam się nudzi.

Ja sam, z jednej strony cieszę się, że nabrałem biegłości w niektórych aspektach życia, które ciągną się za mną, tj. w walce z systemem edukacji, w sztukach i sportach walki które wciąż pielęgnuję (przede wszystkim w mojej najważniejszej Capoeira), w formach zarabiania pieniędzy. Bo mam już trochę pracy 'za sobą'. Ale z drugiej strony, brakuje mi tej niewinnej nieświadomości, zaskoczeń i momentów rozszerzania oczu do wielkości pięciozłotówek ze zdziwienia. Nie chcę wyjść na hipokrytę, bo to nie jest tak, że widziałem już wszystko. Ale coraz ciężej w życiu znaleźć mi 'nowości', za którymi tak przepadam.

Na rozchodne, życzę Wam, Czytelnicy, by takie poszukiwanie w Waszym wykonaniu dawało zawsze zadowalające owoce.