wtorek, 24 lutego 2015

Seminarium z Pawiem - relacja!



No i się udało. 22 lutego odbyło się pierwsze seminarium z samoobrony prowadzone przeze mnie - Pawia. Frekwencja, jak na początek, moim zdaniem całkiem niezła, choć klasycznie kilka osób wykruszyło się dosłownie godziny przed rozpoczęciem zajęć.



Rozpoczęliśmy od nauki i szlifowania pozycji walki, tj. utrzymywanie równowagi, poprawne rozkładanie ciężaru na nogach, układ rąk, itp. Ku mojemu zdziwieniu poszło dość sprawnie i grupa, choć początkująca, szybko załapała o co chodzi. Następnie przeszliśmy do poruszania się w walce, zadawania ciosów oraz operowania dystansem, pół-dystansem i klinczem i gdy grupa zrozumiała mniej więcej "o co chodzi", zadałem im kilka ćwiczeń zadaniowych, które miały na celu nauczyć moich podopiecznych, jak wygląda stosowanie technik, zadawanie ciosów, punktowanie, gdy przeciwnik stawia opór, nie podkłada się bezmyślnie.




Po przerwie, z klinczu, płynnie przeszliśmy do elementów parterowych. Zacząłem od wciągania do gardy - nie po to, by ktoś próbował wciągać do gardy na ulicy, tylko by zrozumieli, czym jest garda i jak się zachować, gdy już jesteśmy z dołu. Wyjaśniłem zastosowanie tej pozycji w walce i pokazałem toczenia, które gwarantują przejście z gardy do dosiadu, czyli pozycji dużo korzystniejszej. Druga godzina treningu również skwitowana została lekkimi 'sparami' zadaniowymi.



Na sam koniec dorzuciłem zestaw ćwiczeń siłowych, który niejednemu pewnie przypomniał, że istnieją mięśnie, o których ten nie miał pojęcia. Ale jak są zakwasy, to znaczy, że się rośnie. Czyli nie narzekam. : DD



Następne seminarium planujemy WSTĘPNIE na 13 marca. Czas zacząć przygotowania.


Link do otwartego wydarzenia na facebook:
https://www.facebook.com/events/1546510218960621/?fref=ts

środa, 18 lutego 2015

Seminarium z samoobrony dla początkujących.




Cześć! 22 lutego bieżącego roku na Worcella 20-26 we Wrocławiu odbędzie się seminarium z szeroko rozumianej samoobrony dla początkujących, prowadzone przeze mnie (tj. przez Pawia! Czujecie to? Ptaszysk prowadzi zajęcia... :D). Jest to pierwszy taki "event", rozpoczynający cykl seminariów mających na celu zwiększanie świadomości społecznej (głównie w środowisku akademickim) co do możliwości obrony przed niebezpieczeństwami, które czyhają na nas codziennie (a może, co wieczór? Co noc? :P).

Zajęcia trwają dwie godziny i kosztują 15zł od osoby. Czyli po studencku. Całe wydarzenie dzieli się na dwie części - stójkową i grapplingową. W planie stójkowym mam zamiar przedstawić poprawną pozycję walki, nauczyć wyprowadzania ciosów prostych oraz obyć grupę z pojęciem dystansu i półdystansu.

Część grapplingowa natomiast dotyczyła będzie toczeń i dążenia do pozycji korzystnych dla nas, tj. takich, z których możemy zmusić przeciwnika do zaprzestania agresji.


Prócz suchej techniki w menu są też liczne ćwiczenia zadaniowe oraz wytrzymałościowe. Atrakcji nie zabraknie.

Zapraszam serdecznie.

Po więcej detali odsyłam na stronę facebookową wydarzenia:
https://www.facebook.com/events/866734200055813/?fref=ts



poniedziałek, 16 lutego 2015

Seminarium z Bagim i Irokezem

(Berserkers Team!)

Dnia 14 i 15 lutego 2015 roku we Wrocławiu odbyło się seminarium przeprowadzone przez Piotra Bagińskiego - założyciela Berserkers Team oraz Macieja 'Irokeza' Jewtuszko znanego większości z występów na galach KSW.


Seminarium podzielone było na cztery bloki. Dwa poranne i dwa wieczorne. Rano dzieliliśmy się na grupy - BJJ GI (prowadzoną przez Bagiego) i MMA (Irokez); szlifowaliśmy swoją technikę pod okiem mistrzów, a pod koniec zajęć przechodziliśmy do sparów. 


W zajęciach wieczornych uczestniczyliśmy już wszyscy razem. Były to treningi submission fighting (NO GI), również kończone sparami. Dodatkowym urozmaiceniem seminarium okazała się różnorodność zawodników, którzy postanowili nas odwiedzić. Potężne zróżnicowanie zarówno stylów, jak i poziomu zaawansowania między uczestnikami sprawiło, iż każdy wyniósł z zajęć mnóstwo doświadczenia, które zapewne owocować będzie w przyszłych startach.

(Run Forrest, RUUUUUN!)

Bonusem dla zawodników Berserkers Team Wrocław było pasowanie, które odbyło się drugiego dnia seminarium. Wzbogaciliśmy się o nowe belki na pasach i eleganckie ślady na plecach. 

Całe to wydarzenie uświadomiło mi tylko, jak wiele pracy trzeba włożyć w to, by stać się mistrzem jednej płaszczyzny walki (a przecież konfrontacja wręcz, to nie tylko parter...) i jak niesamowicie cierpliwym oraz upartym w dążeniu do celu trzeba być, by osiągnąć coś w świecie sztuk walk. No cóż - ale kocham ten świat i nigdzie się z niego nie wybieram.

Oby do następnego seminarium... :)

środa, 4 lutego 2015

Legalize MMA!

(To continue to win, You must continue to grow)

Siema. Przeglądając sobie jeden z zajebistszych fightingowych portali, z jakimi mam na co dzień styczność, tj. fighttube.pl (tak, tak, lokowanie produktu :D) trafiłem na następującą grafikę:





No i mnie zabolało. Sztuki walki, docelowo, pierwotnie, były projektowane dla osiągnięcia maksymalnej skuteczności w... Walce wręcz (rozgarnięci wiedzą, że walka wręcz to nie tylko na gołe pięści, ale np. przy pomocy broni krótkiej. Cóż, tu zależy od specyfikacji metody. W końcu sztuka walki mieczem to też SZTUKA WALKI!). Dopiero wraz z ewolucją szkół stawały się stylami, zestawieniami metod treningowych i filozofiami. Na powyższym obrazku autor krytykuje MMA ze względu na brutalność i bezwzględność pojedynku, a nobilituje "tradycyjną" sztukę walki (przykład Karate) za zestaw zasad zachowania.

Wszystko fajnie, tylko czy prawdziwa walka, sytuacja realnego zagrożenia nie jest właśnie brutalną młucką w której należy  wyeliminować przeciwnika, albo przynajmniej unieszkodliwić go, by nie stanowił dalej zagrożenia? 

(Pierwsze UFC, z czasów, gdy nie było jeszcze zawodników MMA walczących przekrojowo. Każdy miał swój "styl". To dopiero rzeźnia.)

Sam bardzo szanuję szkoły tradycyjne, ponieważ większość z nich (te dobre szkoły) rozwijają wojownika w dużo szerszym zakresie niż sama walka sportowa i maksymalny sukces w najkrótszym okresie czasu. Oferują one do elementarnej nauki walki wręcz, zestaw pobocznych umiejętności (władanie bronią i jazda konno w NINJITSU; praca zespołowa w Capoeira; mistrzowskie opanowanie balansu w Drunken Boxing Kung Fu). I choć w kwestii wolnej walki twardo stąpam śladami Mistrza Bruce Lee i wyznaję brak stylów, tak jeśli chodzi o metody treningowe i część 'poboczną'  /  'filozoficzną', uwielbiam uczestniczyć w treningach bardziej egzotycznych.

Z biegiem czasu zauważyłem jednak dość przykrą zależność, która, zapewne wbrew intencjom autora obrazka, objawiła się wraz z jego publikacją szerszemu gronu odbiorców. I tu przytoczę nagranie Ryszarda Murata, twórcy stylu Karate Tsunami, o którym opinia w internecie jest kontrowersyjna. Nie będę wyrażał jednak swojego zdania na temat w/w stylu bo nie jest to post nastawiony na hejt, a i ja nie mam czasu tułać się po sądach. 


Zależność o której wspomniałem objawia się w sytuacjach, w których należy sprawdzić swoje umiejętności. Albowiem, jeśli trenujemy sztukę walki, to powinniśmy przynajmniej trochę lepiej od przeciętnego chłopca z ulicy potrafić się najzwyczajniej bić. Natomiast gdy trening nie przygotowuje nas w żaden sposób do takiej sytuacji, to wtedy zaczyna się zasłanianie zasadami, filozofią i atakowanie MMA, które jest zajebistą formą konfrontowania swoich umiejętności i daje wolną rękę każdemu wojownikowi. 

Podczas gdy treningi MMA są nastawione na walkę sportową z minimum zasad, to samo z jiu jitsu, zapasami i innymi SPORTAMI WALKI, tak style (ech, nadużywam tego znienawidznego słowa) szeroko rozumiane jako tradycyjne zawierają w ogóle swojego programu treningowego zaledwie pewien odsetek nastawiony stricte na walkę bez zasad.

Karate, Taekwondo, Sanda nastawione są na walkę w swoich formułach znacznie bardziej ograniczonych, niż MMA, a przy tym na zajęciach uczy się kata, technik specjalnych, technik medytacyjnych, całej serii rzeczy które laik nazwałby niepotrzebnymi pierdółkami, ale które w gruncie rzeczy tworzą wojownika znacznie bardziej świadomego swojego ciała, choć nie zawsze odnajdującego się w ringu MMA tak dobrze, jak rodowity zawodnik MMA. 

Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś promuje swój STYL (; /!) jako niesamowicie skuteczną metodę walki.
Akurat trzymam w ręce ulotkę "Jiu Jitsu Goshin Ryu". Przeplatają się tam takie szlagiery jak "skuteczna samoobrona, zamień swoje ciało w broń," itp. Jak ma się to z rzeczywistością? Obrony przed nożem na pierwszych zajęciach, wykręcanie nadgarstków i zero obicia. Gdy pytam o zawody, trener (akurat sekcji Dzierżoniów) mówi mi, że jedyna forma rywalizacji to kata. A większość adeptów totalnie nie jest obyta z oporującym przeciwnikiem. To jest według mnie nieuczciwe. Samoobrona to poważna sprawa i powinno się do niej podchodzić z pełnym zrozumieniem. A nie z nastawieniem na jak największy zarobek. A obrazki takie jak ten z nagłówka, to najzwyklejszy przejaw STRACHU przed konfrontacją. Jednak należy pamiętać, że każdy się boi, jednak dobry wojownik potrafi nad tym strachem zapanować.

Slogan LEGALIZE MMA jest, niestety, wciąż jak najbardziej aktualny, bo nieświadomi (czyli większość) stawia między tą dyscypliną, a nielegalnymi solówkami w prawdziwych klatkach znak równości. A prawda jest taka, że historia sztuk walki zatoczyła po prostu koło, z tym, że dziś "wszechstyl" jest dużo bardziej cywilizowany. Bo mamy odpowiednie rękawice, często ochraniacze, opiekę medyczną. 

Ponadto dyscyplina MMA sprawdza się nie tylko jako sposób na rozwój dla sportowców nastawionych stricte na tą formułę, ale jest to też bramka do sprawdzenia się w niemal realnej walce 1v1 reprezentantów stylów tradycyjnych, którzy lubią rywalizację.

Jednym się to udaje:

Innym niestety nie:

i wtedy spamują, że MMA to brutalna cepianka, a prawdziwe sztuki walki są dużo grzeczniejsze, bo próbują paplaniną zadusić fakty, które niestety widać gołym okiem przy każdej próbie konfrontacji.








niedziela, 1 lutego 2015

Do trzech razy sztuka

(Do nieba nie chodzę, bo jest mi nie po drodze)

Cześć. Dziś będzie dość osobiście. Ale to dobrze, bo ja bardzo lubię pisać posty szczerze, gdy złapie mnie refleksja, a nie kiedy "muszę". No i od razu muszę się wytłumaczyć. NFZ w Polsce już dwa razy niemal mnie do ziemi wsadziło, mam nadzieję, że nie dam im trzeciej szansy, jednak w wyniku przygód zdrowotnych, które przeżywam, nachodzą mnie przemyślenia, które - jak mniemam - omijają niejednego zdrowego zawodnika, czy nawet spokojnego człowieka wiodącego swoje codzienne życie.

Gdzieś kiedyś w internecie natknąłem się na filmik motywacyjny z Alistair Overeem'em. Generalnie chodziło w nim o to, że by osiągnąć sukces, musimy go pożądać tak mocno, jak potrzebujemy oddychać, gdy się dusimy, toniemy (a pewnie niejeden\na z was się kiedyś podtopił na basenie ;)).



Wróćmy więc na podwórko sali treningowej. Wielu z was, drodzy czytelnicy, to ludzie, którzy nie zdają sobie sprawy ze swojego pełnego potencjału, możliwości. Przychodzicie na salę raz na jakiś czas i patrzycie się z podziwem na ludzi, którzy są tam codziennie, wmawiając sobie "to nie dla mnie; tamtego nie umiem; nie mam siły; 'uj wie czego". Dla was to naturalne. Ale gwarantuję, są na tym świecie ludzie, dla których niepojawienie się na treningu to po prostu wstyd. Pewna samodyscyplina szykanuje w tych jednostkach sumienie do tego stopnia, że gdy nie przyjdą na trening, mają do siebie żal.

Pomyślcie, co w głowie takiej osoby dzieje się, gdy nagle traci podstawę do czegokolwiek - zdrowie. Nagle świat wywraca się do góry nogami. Jeśli jest się w stanie pójść na trening, to jest się na nim cieniem samego siebie, daje się może 20-30% mimo chęci i zaparcia. Z przyczyn niezależnych. Przez chorobę.

(...)Ty jesteś jak zdrowie,
ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
kto Cię stracił.

Ciężko jest mi trafić tym postem do każdego czytelnika, ponieważ opiera się on na przykładach treningowych, z sali, ale - ludzie - jeśli jest coś co lubicie robić; jeśli jest wam względnie dobrze; macie tą podstawową swobodę działania, jaką daje zdrowie, to korzystajcie z niej. Bierzcie ze swoich pasji garściami i doceńcie okoliczności, w których jesteście.

(FunFact: Służba zdrowia w Polsce oceniana jest gorzej w rankingu opieki zdrowotnej, niż takie imperia jak Serbia, czy też Albania. Popek Monster Król Albanii byłby dumny.;)) 
(http://pulsmedycyny.pl/3990193,73424,polska-za-albania-w-rankingu-opieki-zdrowotnej)

---Od tego momentu będzie osobiście i ze sporą dozą użalania się, więc jeśli nie jesteś zainteresowany/a, po prostu kliknij "x" w zakładce tego bloga.

Ja osobiście, od pół roku, straciłem sporo źródeł "najcenniejszej waluty" (o której już kiedyś wspomniałem na tym blogu). Jestem w sytuacji, w której każdy trening to dla mnie strach, czy leki zadziałają, czy żołądek nie będzie dokuczał, czy będę miał chociaż połowę energii którą miałem na treningi będąc zdrowym. Stan, w którym wielu z was już jest "idę na trening - kurde, muszę odwalić ciężką robotę ;/" ja uznaję za pożądany. Moja walka trwa tam, gdzie walka zdrowego się zaczyna. Od zawsze wyznawałem zasadę, że jeśli trening się odbywa, to ja mam obowiązek na nim być, krytycznie patrząc się na osoby, które wpadały na zajęcia rekreacyjne, i to dlatego, żeby pomarudzić, albo pościgać się w wymianie wymówkami. Nagle okazuje się, że figuruję między nimi, bo moja frekwencja spada przez przypadek losowy - humor organizmu, którego nie potrafi naprawić żaden specjalista, mimo (teraż już około dwóch tysięcy) złotówek wydanych na leczenie, wizyty, itp.

Kiedyś na myśl o podróży, wyjeździe, czymkolwiek związanym ze spontanem i przygodą, byłem podekscytowany. To były źródła mojego szczęścia. Dziś martwię się, że będąc poza domem, znów coś mnie "złapie", a zamiast marzyć o tym, by "codziennie budzić się w innym miejscu na ziemi" martwię się, że gdybym spełnił to małe marzenie, mógłbym cierpieć. I to nie z niezaradności, tylko przez chorobę.

Jakkolwiek ostatnie dwa akapity źle by nie brzmiały. Już na początku zapowiadałem, że będzie to wpis osobisty. A cały ten blog w mniejszym lub większym stopniu traktuję jako swoje ujście różnych emocji, refleksji i podobnych, więc naturalnie, musiałem odreagować i w ten sposób. Dlaczego? Bo lepiej, by nikt tego nie przeczytał (albo przeczytały to osoby zainteresowane), niźli bym miał truć życie moimi marudzeniami ludziom w moim otoczeniu, Bogu ducha winnym.

fuck the whole universe