wtorek, 20 stycznia 2015

Sława!

Hi. Dziś bez konkretnego tematu. Chciałbym zrobić dobry uczynek i zrobić koleżance reklamę. Tak więc, Martyna Kubicz, kojarzona przez fanatyków serialowych z "Patrycją", bohaterką "Pierwszej miłości" jest też wokalistką i miałem przyjemność statystować na planie jej teledysku. Kawał dobrej roboty ekipy z łódzkiej szkoły filmowej (pełnej nazwy nie pamiętam - sorasy) oraz samej głównej bohaterki. Laski, seks, przemoc. Czyli więcej nie trzeba. A tu nagranie:


sobota, 17 stycznia 2015

8 rzeczy o mężczyznach - komentarz

(Najpierw miało być "Boys" Sabriny, ale... Szanujmy się. :D)

Siema. Ostatnio po internecie krąży odmiana artykułu "rzeczy, które powinniście wiedzieć" dotycząca samców, napisana przez samca. Generalnie zgadzam się z tym, co tam napisano, ale uważam, że bez osobistego komentarza, ktoś mógłby nadinterpretować moje intencje i poglądy. A tego przecież nie chcemy.

W poniższym tekście elementy zapisane kursywą, to cytaty ze strony volantfiction.pl. Treść ta nie należy do mnie, a do jej prawowitego autora. Ja posługuję się nią tylko w kontekście komentarza, nie zmieniając jej w żaden sposób.



Jedziemy:

Mężczyźni boją się kobiet
Wcale nie tych mądrych i zaradnych. Boją się tych, które mogą ich odrzucić. Słowo: „Nie” z ich ust to jak kopniak w krocze, który zaboli bez względu na to ile pieniędzy mają na koncie, ile wyciskają na klatę i ile razy powiedzą sobie: „To tylko jakaś bezwartościowa Królowa Nocnego Autobusu! Z bliska nawet nie była taka ładna”.
Ma to swoje źródło na etapie dojrzewania, bo w chwili kiedy dziewczynka już nie musi wypychać swojego biustonosza za pomocą zwiniętych skarpetek, zaczyna cieszyć się zainteresowaniem. Zainteresowaniem na starcie, który nie ma związku z jej stopniami, znajomością dzieł Tołstoja i umiejętnością zrobienia loda. Ma to związek tylko z tym jak wygląda, więc na czoło jej priorytetów wysuwa się kupienie nowego eyelinera. Ta sama chwila dla chłopca oznacza, że od teraz przez lata kobiece usta będą rozchylały się dla niego tylko po to, żeby powiedzieć: „Nie”. To zakorzenia strach przed podejściem, którego kobiety nie doceniają, bo go nie czują. Dlatego nigdy nie odrzuciłem dziewczyny, która miała dużą odwagę żeby do mnie podejść w sposób, który mógłby ją zaboleć. Mogłoby to sprawić, że już nigdy tego nie zrobi, ale to, że nie jest idealna dla mnie, nie znaczy, że dla kogoś innego taka nie będzie.
Co mogę dodać. Strach przed odrzuceniem to problem każdego mężczyzny uczestniczącego "w tańcu godowym samców". Gdy autor w/w tekstu wspomina, że wynika to z młodzieńczych lat, trafia w samo sedno. Dlaczego? Gdy młody facecik dorasta (gimnazjum), dziewczyny w jego otoczeniu zaczynają być kobiece, no to automatycznie są one jego jedynym obiektem "godów" (bo młodsze są jeszcze za młode, a starsze i tak na niego nie spojrzą). Problem w tym, że równolatki naszego gimnazjalisty zazwyczaj nie są nim wcale zainteresowane. I to nie jego wina. Dziewczyny już tak mają, że w brutalnej większości uganiają się za starszymi, tj. stereotypowo bardziej dojrzałymi, doświadczonymi i co tam jeszcze. W okresie dorastania objawia się to tym brutalniej, że w wieku 15 lat, chłopaczek ma dziewiczy wąsik, trądzik i jest generalnie mało pociągający. Jednak wystarczą te dwa lata, by przybrał na masie mięśniowej (i to przez naturę! normalny proces dorastania), wyhodował sobie prawdziwy męski zarost (albo przynajmniej zaczął się golić regularnie :D) i pozbył się paprykarza z twarzy. Poza tym, taki osiemnastolatek jest już doświadczony w sztuce młodzieńczego buntu, podczas gdy 15-16tki dopiero w niego wchodzą. Z ekscytacją. 
W późniejszym okresie życia sprawa niby się zaciera, jednak zdarzają się przypadki (wyjątki - nie chcę urazić kobiet, które czytają ten artykuł. Broń Boże!), gdzie dwudziestokilkuletnie panienki w swoich poszukiwaniach matrymonialnych nie schodzą poniżej 30 (i np. kariery lekarza, prawnika, aaale to już dyskusja na inną okazję). 
Mężczyźni mają kompleksy
Jeśli całą młodość facet staje przed kobietami i spotyka tylko zamknięte drzwi, to nie służy to wysokiej samoocenie. Nie dziwi też, że pompuje sobie poczucie własnej wartości właśnie kobietami. Z ich komplementów robi sobie okłady leczące duszę. To one stają się jego tarczą. Pancerzem, którego jakość wyznacza ilość numerów do chętnych lasek, które nosi zapisane w telefonie jak dziewięciocyfrowe skalpy mówiące nie tyle: „Jestem wielkim wojownikiem”, co bardzo podobnie: „Jestem wielkim kochankiem. Jak mnie nie chcesz to twoja strata”.
Poczekaj aż znudzi mu się bzykanie – lepszego faceta nie znajdziesz.
Pół prawda, pół nieprawda, pół legenda. W moim mniemaniu każda bardziej intymna od zwykłej rozmowy relacja z kobietą wymaga zaangażowania się emocjonalnego na pewnym poziomie. Ciężko mi ocenić, jak mają inni faceci, ale ja (gdybym był singlem :P) nie potrafiłbym uprawiać seksu dla sportu / traktować tego rytuału jako prostą czynność fizyczną, taką, jak jedzenie czy spanie / po prostu zostawić po wszystkim tą drugą osobę i wyjść / w końcu, zrobić to z jakąkolwiek laską. Poza tym, przez pierwsze wrażenie, często klasyfikujemy ludzi już na początku relacji. Oceniamy, czy to mogłaby być kandydatka na partnerkę, czy tylko koleżanka, czy w ogóle femme fatale która nie ma żadnej cechy mogącej nas zainteresować i generalnie nie chcemy jej znać. By zbudować sobie takie pierwsze wrażenie, często wystarczy jedna rozmowa i to nawet nie bezpośrednia.  
Kobiecy świat nigdy nie przestanie ich fascynować
Wasze kosmetyki, sukienki, to jak w przeciągu godziny potraficie zamienić się w całkowicie inną osobę, to jak martwicie się tym, że poszło wam oczko albo to jak seksownie wyglądacie nawet wtedy kiedy rozmaże się wam makijaż, za każdym razem przypomina uchylenie zasłony, za którą jest jakaś słodka tajemnica. Najsmutniejszą rzeczą w XXI wieku dla faceta nie jest to, że kobiety są wyzwolonymi karierowiczkami. Najsmutniejsze jest to, że po drodze gubią swoją kobiecość i delikatność. Pewnie tak dużo jest dzisiaj gejów, bo ciężko jest im się połapać w czym różni się zniewieściały facet od „silnej i niezależnej” kobiety. Seks po pewnym czasie staje się rutyną. Kobiecość rozczula zawsze.
Nie zgodzę się tylko z tym, że seks po pewnym czasie staje się rutyną. Reszta to prawda. Nie zabijajcie, z łaski swojej, kobiecości w sobie pls. 
Mężczyzna zawsze będzie marzył o trójkącie i kobiecie, która go dla niego zaaranżuje
To nie ma związku z satysfakcją ze związku. To symbol sukcesu lepszy niż znalezienie się na okładce Forbesa. Gdyby miał wybór między pomnikiem w centrum miasta i swoją ulicą, a trójkątem, to wciąż wybierze trójkąt.
Tak po prostu jest. Natury nie oszukasz.
Nie masz wpływu na to czy facet z tobą będzie czy nie
Bo facet to popierdolona istota i to bardziej niż kobieta. Co do zasady z kobietą jest tak, że jeśli spełnisz jej wszystkie potrzeby, a w okolicy nie będzie lepszego od ciebie faceta, to ona ciebie nie zostawi. Za to jeśli spełnisz wszystkie potrzeby faceta to wciąż to nic nie da, bo zrobi on co zechce. Nie ma znaczenia czy pójdziesz z nim do łóżka od razu czy po roku, nie ma znaczenia jak dobre kotlety robisz ani czy masz dwa kilogramy nadwagi czy nie. Możesz być całkowicie idealna, a on wciąż może ciebie opuścić. Dlaczego? Bo jest nieszczęśliwy. Bo potrzebuje samotności. Bo nie czuje się męski i doceniany. Bo tamta laska ma ładniejsze cycki. Bo nowa jeśli nie jest lepsza to przynajmniej jest nowa. Bo chce pojechać do amazońskiej dżungli i nie wie czy wróci. Bo związek to dla niego większa odpowiedzialność niż dla was (przynajmniej jego zdaniem. Moim też). Najczęściej jednak najlepsze powody podsuwają same kobiety – zbyt roszczeniowe, zbyt wiele oczekujące i zbyt mało dające z siebie.
Da. Niżej autor wspomniał, że faceta pociąga ciało, ale zakochuje się w osobowości. Więc właśnie, jeśli zakocha się w tej osobowości, to już raczej nie będzie próbował uciekać; jednak czasem fanaberie losowe - zew wolności na dobry przykład - mogą sprawdzić, że coś nie trybi. Mi najbardziej przemówił do gustu przykład z wyjazdem do amazońskiej dżungli. Ale muszę stanąć w obronie kobiet. Powody z ostatniego zdania tego akapitu nie zdarzają się "najczęściej", a "równie często" co te z reszty wspomnianej treści. Ani my, ani wy, nie są doskonali. 
Mężczyzna realizuje się zdobywając
Owszem, spotyka się takich, którzy siedzą w kapciach na kanapie i tylko oglądają seriale na zmianę z graniem w GTA, ale:
1) jeśli robili to samo w chwili kiedy ich poznałaś to mają nierozwiązane problemy w swoim życiu, ujemną samoocenę oraz mnóstwo pracy i seksu przed sobą zanim staną się „do rzeczy”. Ewentualnie nigdy tacy nie będą, wezmą ślub z pierwszą kobietą, która ich zechce, wychowają dzieci na pizdeczki i każdego dnia będą zastanawiać się czy nie strzelić sobie w łeb.
2) jeśli zaczęli tak się zachowywać dopiero w związku z tobą, to jest to twoja wina, bo złapałaś ich za jaja, a później wykręciłaś je każąc wybierać mu między realizowaniem się, a związkiem z tobą. Wybrał i płaci za to cenę. Moim zdaniem wybrał źle.
Jo. Spotkałem się z dziewczynami, które głosiły pogląd "ja bym przestała robić to co lubię, byle by go uszczęśliwić. Dlatego powinien robić tak samo" - po czym tak oto uzasadniając swoje działanie, stawia mu setki roszczeń. W wyniku czego ze "zdobywcy" w którym się zakochała (jeśli jest na tyle słaby, by ulec) zostaje skorupka / pantofel, z którego nie ma pożytku i trzeba go wymienić na nowszy model.
On nie chce z tobą rywalizować
Bo od dzieciństwa robi to z każdym. W każdej chwili jest porównywany i porównuje się z innymi. Dla niego kobiety to urocze i ciepłe istoty. Tylko że wy takie nie jesteście. Poznając go chcecie sprawdzić na ile on jest twardy. Próbujecie rozbić go słowami. Negocjować, przekonywać, pytać zadziornie: „A skąd wiesz, że będzie następna randka?”, żeby tylko dać mu szansę pokazania, że ma to całkowicie gdzieś, nie przeprosi, nie zawstydzi się mówiąc o seksie, weźmie was za rękę i zaprowadzi do sypialni. Niestety mężczyźni chcą mieć spokój w związku i walczyć poza nim. Wy zawsze upewniacie się czy to ten właściwy dając mu chaos tam gdzie on szuka ukojenia.
Na tym wykłada się większość relacji. Na drobnych awanturach, fochach, wkurwianiu się i złośliwościach. Facet przeżyje to raz, dwa i pięć razy. Będzie łagodził sytuację. Będzie mówił: „To przecież drobiazg”, ale w końcu stwierdzi, że ma to w dupie i już mu nie zależy.
Z tymi drobnymi awanturami to prawda - o ile występują. Da się żyć bez przypier**lania się o szczegóły. Jeśli nie będziesz miała problemów z tym, że on poszedł z kumplami na piwo, to następnym razem tylko po to, by poprawić Twoje samopoczucie, chłopak oleje najlepszą balangę, byle by Ci dogodzić. Tylko, "zobowiązania" wobec siebie wzajemnie muszą wynikać z naszych natur, z własnych chęci i troski o drugą osobę, a nie z poczucia obowiązku. Bo kto lubi obowiązki?
Pociąga go ciało, ale zakochuje się w osobowości
Jedna z najważniejszych rzeczy, których nie wiedzą dziewczynki, którym nikt nie powiedział, że księżniczki nie istnieją, a gdyby istniały to one z pewnością by nimi nie były. Mężczyźni mają po dziurki w nosie kobiet, które nic sobą nie reprezentują poza w miarę pozbawionym cellulitu tyłkiem, bawią się we władczynie świata, a później wracają do swojej marnej pracy i kota czekającego w domu. Po kilku latach obcowania z depresyjnymi osobowościami i rozchwianymi emocjonalnie posiadaczkami biustu D, chcą spotkać te biusty na szczęśliwych kobietach, które mają po co wstawać z łóżka, bo to daje możliwość wzajemnego uskrzydlania się. To nie jest puste zdanie, że długoterminowo liczy się inteligencja. 

Zajebiście święta prawda. Zazwyczaj to największe gwiazdy, najbardziej dumne i świecące dziewczyny mają największy problem. No bo - jeśli mam z kimś wiązać resztę życia i czuć się za tą osobę odpowiedzialny, gotów, żeby wypruć sobie serce z piersi dla niej (tak, czujemy się odpowiedzialni za związek, za nasze partnerki. chcemy być administratorami i dbać, by dom się nie zawalił) to dużo bardziej chcę, żeby partnerka była moim ziomeczkiem, kochanką, partnerką, osobą wartościową. I nigdy nie będę wymagał od niej jakiejkolwiek działalności na pokaz. A osoby, które właśnie na pokaz działają, automatycznie odfiltruję ze swojego środowiska. Tak mam.


Wiem, że jedną z czytelniczek tego bloga jest moja dziewczyna (permanentna inwigilacja!), z którą już kupę czasu jestem. I to szczęśliwy. Więc myślę, że jest to bardzo dobre miejsce, by napisać, że ją kocham jak szalony. :)

piątek, 16 stycznia 2015

Najcenniejsza waluta

(Na przestrzeni lat, całkiem inny Ty)

Nie lubię tzw. "dresiarskiego" rapu, ale Bezimienni to skład, który wg. mnie w porównaniu do Bonusów RTV AGD i podobnych chłopaków z OHPu, potrafią sprzedać głęboką emocję. Powyższa piosenka, choć napisana prostymi słowami i wyrapowana przez (nie oszukujmy się) typowych dresów, przemawia do mnie i oddaje emocje związane z postem. 


==========================Treść Właściwa========================


(...No to zapraszam na strych)

Nastrój w dany dzień to amplituda. Niesamowite, jak bardzo łatwo daje się diametralnie zmienić, obrócić o 180 stopni (pierwotnie napisałem 360. Ale gafa, błąd rzeczowy. Pieprzony Kapitan Bomba...)  nasze samopoczucie. Spokój zmienić w ślepą furię, żal w szczęście, itp.

I tak oto wróciłem z zajebistego treningu, była siła, były rzuty, było spoko - jak to na treningu, człowiek nie myśli o problemach które go otaczają, nie ma wtedy świata zewnętrznego. Myśli o tym, żeby stać się lepszym i już. Zawitałem do domu i w niewinnej rozmowie z młodszym bratem, zostałem zalany falą sentymentów, nostalgii i pewnej tęsknoty. Za młodością, ale tą prawdziwą - nie chodzeniem na browara w gimnazjum - tylko tym takim czarodziejskim okresem przedszkola (hy-hy), które kojarzy mi się z Lego, Dragon Ball, wojnami na śliwki (mirabelki!), pojedynkami z mamą i dziadkiem w szachy, Pieninami (o ile "Krościenko" jeszcze stoi i pole namiotowe tam jest, to swoją rodzinę też tam kiedyś zabiorę) i pierwszymi znajomościami (w tym pierwszą przyjaciółką, która teraz została lesbijką. Życie! Jeśli to czyta, to serdecznie pozdrawiam :P).

(Na-na-na, kto ich nie zna, ten pedał :D)

Nawałnica takich skojarzeń z miejsca wywołuje we mnie bunt. Jak zapewne każdy z nas, też już nie jestem niewinnym dzieciakiem. Moja kartka została popisana, pokreślona, pobazgrolona (zwłaszcza na marginesie) i zapełnia się już dwudziesty drugi rok. Spoglądam w lustro i - przez pryzmat wcześniej wspomnianych nostalgii - nie widzę już tego samego chłopaczka. Każdy z nas, czytelnicy, ma pewnie tego typu przemyślenia przed samym sobą, ale nie jestem geniuszem, mastermindem, i nie przytoczę tego co dzieje się u "każdego" bo to sprawa indywidualna. Jednak ja sam, czuję jak żyjąc w tej części Europy, z roku na rok gorzknieję, staję się poważny, odpo(fuj!)wiedzialny i choć otoczenie odbiera mnie jako dorosłego, może nawet inteligentnego (he-he) gościa, to sam czuję wieczny niedosyt. Bo niektóre przeżycia wyjałowiły ze mnie część osobowości. Tą wesołą, beztroską, DZIECINNĄ!

( Krościenko nad Dunajcem. Zapachu rzeki nad ranem z pola namiotowego nie zapomnę nigdy. Dziękuję, Babciu! :) )

Jednocześnie, posiłkując się dokładnie tymi samymi skojarzeniami, czuję wdzięczność, którą - tym postem - chcę zaszczepić... A raczej odnowić w każdym z was. Nie wiem z jakich rodzin kto się wywodzi, nie chcę oceniać, ale osobiście, z całego serca wdzięczny jestem osobom, które przykładały (między innymi w tym pięknym okresie dzieciństwa) rękę do mojego wychowania (rodzinie, znajomym z tego okresu, itp.) ponieważ pośrednio przez te jednostki, moja pamięć jest teraz skarbnicą, przy której rozklejam się zawsze, gdy jest otwierana. :P

Jestem zdania, że wspomnienia to najcenniejsza waluta, która nigdy nie ulegnie inflacji, a nawet z czasem - podobnie jak wino - nabierze znacznie na wartości. Więc ludzi, którzy nas nią obdarowują, należy szanować, doceniać. I gdyby można było w jakiś sposób wyceniać ludzi (w niektórych urzędach statystycznych to się dzieje...) to tylko przez pryzmat doświadczeń, nagromadzonych wspomnień, tego "expa" który dane jednostki charakteryzuje, a nie - broń Boże - majątku namacalnego (znam setki naprawdę wartościowych osób, które wykonują prace z 'dołu' drabiny. Mimo inteligencji, sprytu, dla świętego spokoju, pracują na budowie, ochronie, itp.).

(Pykało się kiedyś... :D)

Uważam też, że wartość sentymentalna istnieje i jest niesamowicie silnym wyznacznikiem naszych zachowań, nawet względem rzeczy martwych, niepotrzebnych, takich, które leżą bo mają leżeć. Jeśli spoglądasz na martwy przedmiot i z miejsca, spływa Ci po poliku łezka, a gdy ktoś wspomina, że wypada go sprzedać, bo jest już wart 10x tyle, ile był w dniu zakupów - a Ty w odruchu bezwarunkowym czujesz potężny dyskomfort i kategoryczny sprzeciw - to nie słuchaj się tego głupka. Nie wszystko da się kupić za pieniądze.

I na zakończenie chciałbym dodać, że nieważne, jak ciężkie mieliście życie, nie jesteście jedynymi autorami swoich charakterów. To co macie, co sobą reprezentujecie (a właściwie reprezentujemy, nie jestem wyjątkiem od tej reguły) to praca całej masy osób, które w większości, do dziś, staną za wami murem. Warto o nich pamiętać. Karma się zwraca.

Przepraszam za nieskładność, której zapewne można się doszukać w powyższym tekście oraz bałagan myśli, które i tak z trudem przelałem na posta. Nie zawsze da się zachować "zimną głowę". Zabawa ze wspomnieniami to nie walka. To coś dużo trudniejszego.
~Paw








poniedziałek, 12 stycznia 2015

Pokaz na gali boksu - Capoeira

(Tak brzmiał nasz występ na pokazie w trakcie Gali Boksu Amatorskiego w Środzie Śląskiej)

Pyk! Jak zapowiedziałem, tak niech się stanie. Z dniem dzisiejszym pojawia się nowa etykieta, zwana "relacje" w której (tu niespodzianka) będę zdawał relacje!! (koniec niespodzianki) z różnego rodzaju wyjazdów sportowych, to jest: zawodów mma, zawodów bjj gi/no-gi, pokazów, warsztatów i festiwali Capoeira.



Cały czas staram się zamotać jakąś sztuko-walko-odporną kamerkę po taniości, żeby zachwycić was gamą multimediów przy każdym takim wpisie, jednak tym razem ograniczymy się do zdjęć. Filmik moooże wrzucę, jeśli dostanę jakiś w swoje łapska. Ale na takie materiały zazwyczaj trochę się czeka, bo kamerzyści lubią te nagrania montować po swojemu. A co ja im się będę w robotę wpieprzał...



A więc do konkretów: Dnia 11 stycznia 2015 roku w Środzie Śląskiej odbyła się gala boksu amatorskiego organizowana z okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Wydarzenie to uświetniały poboczne atrakcje, takie jak występ wokalny lokalnej artystki, licytacja przeróżności za ceny też przeróżne, oraz - sprawa dla nas kluczowa - pokaz Capoeira (który miał miejsce po zakończeniu walk w kat. do 91kg).



Tak oto przy hiphopowym mixie piosenki Olodum - Berimbau, którą wrzuciłem jako soundtrack pod ten post, ekipa Orun Capoeira Środa Śląska, wspierana przez elementy z Wrocławia (no i jakby mnie liczyć, to też z Dzierżoniowa trochę... :D) wbiegła na świeżo zalany krwią po niedawnych starciach bokserskich, ring.



Rozpoczęliśmy powoli, leniwie, od demonstracji najmłodszych. W końcu trzeba pokazać, że Capoeirę trenować może każdy (ale Mestre Pastinhy nie będę cytował. Ten jego popularny zwrot jest już i tak nadużywany i mi zbrzydł). Dzieciaki w momencie wejścia do ringu nieco stremowane, przełamały wszystkie lęki i gdy tylko rozpoczęliśmy jogo de Capoeira, dały czadu. Następnie zasilaliśmy grę kolejnymi zawodnikami (według stopni, od czystych corda, przez żółte, pomarańczowe, aż do graduados) w stylu benguela, który potem, wraz z nakręcaniem się widowni i przejściem do drugiego utworu (podkładu z intro grupowego, który to filmik jest w sekcji MULTIMEDIA tego bloga), przerodził się w energiczne sao bento. A tam - jak to w tym rytmie bywa - zaczęły się potężne, dynamiczne obrotówki, wysokie, energiczne kopnięcia, no i cała gama akrobacji i tricków: parafusos, salta, cuda niewidy.



Po około dziesięciu minutach popisów, grupa zeszła z ringu w szale oklasków... Czyli, że chyba się podobało. No i z tego wyjazdu wynieśliśmy bardzo ważną lekcję. Otóż okazuje się (co za niespodzianka... ;]), że nie każdy przeciętny słuchacz musi być fanem folklorystycznego brazylijskiego brzmienia i rozgrzewanie "bateria" (czyt. napieprzanie w berimbau przez 5 minut pokazu) wcale nie upiększa "show", co więcej, słabo wykonane nawet je krzywdzi, albowiem liczy się pierwsze wrażenie i jeśli pokaz zaczynamy od niezrozumiałego dla szarego zjadacza chleba reczitalu przeplatanego rytmami z berimbau (z którego dźwiękiem trzeba się obyć, żeby go polubić), to potem nie ważne jak zajebiście by Capoeiristas sie popisywali, to i tak nie będą odbierani do końca serio. A epicki hiphop mix zdał egzamin. I mamy to potwierdzone przez ludzi postronnych. Podobało się.


Dziękuję za lekturę, przybycie wszystkim zainteresowanym i przypadkowym gapiom. Serdecznie zapraszam na zajęcia Orun Capoeira do Wrocławia, Środy Śląskiej, Świdnicy, Dzierżoniowa i miast pomniejszych (detale w sekcji Orun Capoeira na TYM blogu). Axe, Galera!

sobota, 10 stycznia 2015

Ty nie jesteś "wszyscy"

(Na mojej warcie żaden przestarzały SSman nie będzie obrażał kobiet)

...Czyli ulubiony tekst mojej mamy, gdy przynosiłem w podstawówce gorsze oceny, albo łapaliśmy z kumplami uwagi i obniżone zachowanie masowo, bo odpowiedzialność zbiorowa. I za to jej dziękuję, że mi wpoiła tą zasadę. Zdolność do wyrażania własnych myśli i odwaga, by bronić swoich racji, a gdy ktoś nam udowodni logicznymi argumentami, że jej nie mamy, to by przyznać rację tej drugiej osobie, są to cechy osób silnych.

Ale ja dziś nie o tym. Nie miałem zupełnie w planach dnia 10 stycznia 2015 zamieszczać tu wpisu, bo co za dużo, to niezdrowo, aż w końcu dotarła do mnie cyna o małej awanturze, która miała miejsce we wrocławskiej kawiarence. Szerzej opisuje ją dziennikarka wdolnymslasku.pl - Pani Magda Groń.

(Miniatura relacji Pani Magdy. Sprawie dokładniej można przyjrzeć się przy pomocy linków, które zamieszczam w poście.)

Sytuacja ta dla gazety wyborczej jest zwykłym konfliktem interpersonalnym. A dla mnie? To typowy przejaw tego, co dzieje się teraz w milionach głów Niemców mieszkających w Europie i wożących się po niej swoimi Porschawkami, z przeświadczeniem, że Hitler miał rację i istnieje rasa nadludzi, a oni oczywiście są jej reprezentantami. No bo bez kitu - ostatni raz, jak spotkałem się ze zwrotem "Polska ku*wa" (i to mężczyzna do kobiety!) to było to chyba przy okazji jakiegoś filmu o obozach zagłady. (TU: komentarz gazety wyborczej http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,17217481,Dziennikarka_do_Niemca__Zabieraj_stara__esesmanska.html )

W moich oczach z kolei Pani Magda wyszła z sytuacji absolutnie zwycięsko. Obroniła swojej pozycji, a przy tym zagięła niemca swoim wykształceniem, znajomością ichniejszego języka. Sama z resztą zaznaczyła, ze wcale nie chodziło o to, żeby nawtykać swojemu rozmówcy, tylko, by pokazać, że my, Polacy, jesteśmy tak samo ludźmi i mamy równe prawa, zwłaszcza na własnym podwórku. Kraje europejskie, zwłaszcza te ze wschodu, to nie jest prowincja Niemiec i należy o tym mówić.
(TU: komentarz Pani Magdy Groń i opis zajścia z wyłączeniem lewackiego mielenia ozorem
http://wdolnymslasku.pl/wydarzenia/1717-niemiec-nazwal-ja-polska-kwa-wiec-ostro-zareagowala-komentarz-oszalalej-z-nienawisci-do-obcych-naszej-dziennikarki )

(Pamiętajmy o poprzednim i następnym pokoleniu. Szanujmy dziedzictwo, nie dajmy go bezcześcić)

Przykro mi wypowiadać się w ten sposób, ponieważ za swojego życia udało mi się poznać sympatycznych Niemców, ludzi życzliwych, życzących dobrze drugiej osobie i skłonnych do dzielenia się szczęściem; ale jeśli przy mnie niemiec obraziłby kobietę. Nawet nie moją partnerkę, nawet nie koleżankę. Obcą kobietę, która siedziałaby stolik obok, to - przysięgam! - wstałbym i strzelił go w pysk tak, że koledzy z bundeswery musieliby go łapać. Dlaczego? Wynika to z genezy instytucji obrony koniecznej w naszym pięknym kraju. Nie wiem czy wiecie, ale w gdy w Polsce rządzili jeszcze silni królowie, obowiązywało prawo "początku" które głosiło jawnie, że na agresję wolno reagować agresją i winny jest tylko ten, który dał jej początek. A bronić się można było nie tylko przed czynną agresją na naszą osobę, ale też przed atakiem na nasze dobro, naszą godność, godność naszych rodaków. OBRONA HONORU TKWI W NASZEJ NATURZE, POLACY i jeśli ktoś śmie zaprzeczyć, to niech powie mi to w twarz. 

Kolejną sprawą jest obnażenie płytkości niemca, który był rozmówcą Pani Magdy. Z całym szacunkiem, ale z natury, kobieta jest osobą delikatniejszą, piękniejszą ale i fizycznie słabszą od mężczyzny (choć znajdują się wyjąki) i w naturze mężczyzny jest zachowanie tego minimum rycerskiego i traktowanie wspomnianej kobiety z szacunkiem, a przynajmniej (skoro niemca na szacunek stać nie było) utrzymanie rozmowy w pewnej cywilizowanej konwencji. A zwroty personalne per "polska ku*wa" to upodlenie rozmowy do poziomu rynsztoka. No i gdyby powiedział to do mężczyzny, albo gdyby partner tej Pani był aktualnie w kawiarni z nią, to nasz wesoły Szwajnsztajgjer pewnie inaczej szczekał, e.w. w ogóle zmiarkowałby mordę. 


(Grafika zapożyczona z serwisu legionnaire.salon24.plNie jestem jej autorem, ani autorem podpisu. Zgadzam się jednak z przekazem, a prawo do własnej opinii mam gwarantowane konstytucyjnie - to tak na wypadek, jakby jutro ktoś mnie zaczął straszyć sądem.)

Na zakończenie dodam jeszcze, że niestety to jak postrzegają nas za granicą to dokładne, bardzo wyraźne odbicie czynów hałastry, która rządzi w tym kraju. Serce mi krwawi ile razy dociera do mnie, że kultura, historia, całe piękno polskości, które można dostrzec w codziennych rozmowach, przepychankach słownych, ale i gościnności i wzajemnej uprzejmości, jakiejś takiej naturalnej dobroci, jest marnowane.

Mamy potężny kapitał intelektualny, jesteśmy zdolni, kreatywni i potrafimy sobie radzić w nieziemsko trudnych sytuacjach, a mimo tego, za granicą postrzegają nas jako ludzi drugiej lub trzeciej kategorii. Dlaczego? Bo obecni - jego mać - "rządzący" tak nas wypromowali i zmusili nas do walki, nie o szczęśliwe życie, a o przetrwanie. I póki tego nie zrozumiemy, drodzy Polacy, i nie zaczniemy działać, to ani postrzeganie naszego narodu za granicą, ani poziom życia w kraju się nie zmieni. Kocham Polaków, nienawidzę polskiego systemu i nigdy nie pozwolę, by w mojej obecności zwracano się do kobiety w taki sposób, jak na w/w przykładzie. Tyle. 

czwartek, 8 stycznia 2015

Dla ciała i duszy

(Are you done, yet? Do you need a second? Catch your breath I haven't even started, yet!)


Cześć! Dzisiaj chciałbym bezczelnie, po chamsku, przełamać umowę społeczną dotyczącą szlachetnych założeń, takich jak bzdura, że "nie oceniamy ludzi po wyglądzie" albo, że "pierwsze wrażenie nie jest najważniejsze". My, ludzie, już tak mamy, że bardzo łatwo szufladkujemy poszczególne osoby, a opinię, którą sami sobie wmawiamy na temat podmiotu X, bardzo ciężko nam potem wyprzeć / zmienić, nawet jeśli ten podmiot X na przestrzeni, bodaj, dziesięciu lat, zmienił się diametralnie. Co ciekawe, to nie do końca siedzi w nas, tak jak instynkty, o których pisałem kilka postów temu. Wyłączając moment, w którym szukamy podświadomie partnera / partnerki, to ta forma oceniania ludzi wynika z naszego wychowania, ukształtowania przez społeczeństwo w którym dorastaliśmy. A my kształtowaliśmy się w kulcie urody, poprawiania się, doskonałości i - niestety - plastiku. I przełamywanie tych schematów budzi kontrowersje. Ja osobiście bywam i chwalony i szykanowany za to, że nie biegam jak głupek za trendami i cenię sobie to, że udało mi się wywalczyć moment, w którym czuję się dobrze w swoim ubraniu, wyglądzie, ciele. Że mogę żyć spokojnie sam ze sobą. Ale nie było tak zawsze... :)

 (Matthew Silver, uliczny "showman" i w pewnym sensie geniusz. Chyba...! Mówi "Don't judge people. You can't be free if you judge people!)

Gość powyżej krzyczy, byśmy się nie oceniali. Ale nawet jeśli powstrzymamy się przed tym niedobrym odruchem, to i tak zawsze znajdą się osoby, które będą oceniały nas i nie ważne jak bardzo świadomi będziemy tego, co zachodzi w naszych i ich głowach, to każda opinia na nasz temat, jak pojedyncze pęknięcie, zostawi na nas swoje odbicie. A im więcej takich pęknięć tym - wiadomo - bardziej 'krucho' się czujemy. 

(fight off your demons!)

I tu dochodzimy do sedna mojej wypowiedzi. Często chwalimy się ( my: w domyśle: wojownicy, bodybuilderzy, atleci wszelkiego rodzaju ), że to co robimy daje nam wolność. To nasza ucieczka i wyzwolenie. Chciałbym wyjaśnić dlaczego tak się dzieje. 

Trening fizyczny to wbrew temu, co "widać" nie tylko sposób na poprawienie swojej tężyzny fizycznej, gibkości, nauka techniki walki, itp. To przede wszystkim niesamowita kuźnia charakterów. Znam setki przykładów ludzi, którzy po rozpoczęciu swojej przygody, czy to z siłownią, czy sztukami walki / inną formą aktywności fizycznej, stali się nowymi ludźmi. Wraz ze zmianą wyglądu, nawykami żywieniowymi, poznaniem tajników sztuk walki, osoby te nabierały zdrowej pewności siebie. Pamiętając, jak trening wpłynął na nie i kim były wcześniej i wiedząc, że nie wyłożyły się po pierwszym pół roku ciężkiej pracy, zaczęły gnać przez życie bez strachu, często nabierały charyzmy i stawały się obiektami za którymi podążali kolejni i kolejni.

(Scena z Undisputed 3. Yuri Boyka, po tym, jak udowadnia w międzynarodowym turnieju więziennych walk, że jest najlepszym wojownikiem na świecie, zostaje skazany na śmierć za pomoc w ucieczce kontuzjowanemu przyjacielowi. Gdy egzekutor mówi, że Boyka nie wydostanie się na wolność, ten odpowiada "This is my freedom" ukazując, że to zwycięstwo było dla niego dużo najważniejsze. Dało mu wyzwolenie.) 

Życie takie już jest. Trzeba podejmować konkretne decyzje i nie rozmyślać o nich za dużo. Nawet Mistrz Bruce Lee wspominał, że im więcej myśli się nad podjęciem jakiegoś działania, tym mniejsze jest prawdopodobieństwo, że w końcu to działanie się podejmie. Jestem pewien, że niejeden z was, czytelnicy, obiecywał sobie gruszki na wierzbie, opowiadał o postanowieniach noworocznych, szukał sposobów by być jak najlepiej "przygotowanym" do podjęcia ciężkiej pracy (ja mówię w kontekście treningu), a gdy do tej pracy doszło, wypalał się po kilku tygodniach. Ci z was, którzy ćwiczą, zapewne kojarzą chłopaków w pełnym zestawie odzieżowym Tapouta, Manto bądź innego Pitbulla, którzy już po pierwszym tygodniu mają trzy komplety ubrań, firmowe ochraniacze z górnej półki i zestaw supli, a przestają pojawiać się na macie już po miesiącu. To od Ciebie zależy, czy będziesz silną osobą, czy pozwolisz, by tłum kształtował Twoją osobowość. A tłum nigdy nie zrobi tego dobrze, bo do masy pasuje bycie potulną owcą, a nie wilkiem łaknącym krwi ;) 

(słowa mistrza)

Kończąc główny wywód, apeluję. Jeśli jesteś osobą, która prowadzi przeciętne życie (bez urazy!), tj. uczy się (jak każdy), pracuje (jak każdy!), imprezuje (jak każdy!!), spójrz sobie w oczy przed lustrem i pomyśl, czy jest coś, co warto byłoby zrobić. Nie mówię o ujeżdżaniu Chodakowskiej (kobiety) do znudzenia, czy napie**alaniu kolejnych programów ABS 4 weeks (faceci), bo takie suche ćwiczenia bez pewnej iskry tak czy siak szybko się znudzą. Jednak przeanalizujcie to. Może ktoś z was chciałby tańczyć, ale się wstydzi... Śpiewać, pływać, pisać wiersze, skakać salta...! Każda aktywność, która w jakikolwiek sposób oderwie was od szablonowego przeżywania dnia, da potężną ulgę duszy i (jeśli to wysiłek fizyczny) ciału. Nawet, jeśli to zajęcia z czegokolwiek trwające po godzinie, dwa razy w tygodniu. Bowiem zarówno wyżywając się artystycznie, jak i wypalając swoje ciało do reszty na treningu, robi się swojego rodzaju masaż układowi nerwowemu. Potem dużo łatwiej przychodzi chłodne, analityczne myślenie, a nawet... Optymizm. Bo coś zaczyna zasilać naszą codzienność w niezbędne do życia szczęście. 

środa, 7 stycznia 2015

Ulica, dywagacje o skuteczności "inaczej"

(nuta totalnie od tematu, niech jednak symbolizuje tutaj, tak jak jej tekst, twierdzenie, że są alternatywne sposoby postrzegania wielu tematów, w tym samoobrony.)

Hej, hej. Dziś stricte fightingowo. Na wstępie, jako walczący Capoeirista, chciałbym zaznaczyć, że niesamowicie wku*wiają mnie sceny walki z filmów (Tapped, Never Back Down), gdzie zazwyczaj pojawia się Capoeirista naprzeciw głównego bad guy'a, robi trochę ginga, kilka gwiazd i kopnięć z wyskoku, po czym dostaje strzała, dwa i pada. Jakiś jeden scenarzysta z drugim dają totalny popis ignorancji i braku wiedzy na ten temat. Dlaczego? Wyjaśnię za kilka akapitów.

Zacznijmy jeszcze raz. Samoobrona, czy też skuteczna obrona na ulicy to nie to samo co walka MMA, sparing grapplingowy, a już ZWŁASZCZA sparing w Twojej ulubionej formule (jeśli akurat reprezentujesz karate, taekwondo, itp.), dlatego też nawet, jeśli masz na sobie swój ulubiony czarny pas, nie daje Ci to magicznej osłony przed napastnikami i gwarancji, że wyjdziesz z potyczki bez szwanku.

Jeśli masz więcej niż 16 lat, najprawdopodobniej wyrosłeś już z honorowych solówek za garażami, napięć po szkole i innych "sportowych" form ulicznych bijatyk. Co za tym idzie, jest niemal niemożliwe, że jakiekolwiek Twoje starcie na ulicy będzie choćby zakrawało o zasady fair play. A czy Twoja szkoła walki przygotowała Cię na obronę przed zagrywkami nie - fair play?

(Łaa! Solówa!1!!1oneone)

Szkoły wyrabiają psychikę i utwardzają ją - presja walki na oczach innych, na macie, czy w ringu, to jednak ciężar dla naszego mózgu i gdy to Ty jesteś w środku zamieszania, uczysz się dźwigać ten ciężar z dumą. Wspomniane szkoły walki wyrabiają też technikę. W prawdzie na różnym poziomie, skupiając się na różnych "stylach" (czyli najprościej, metodach wykorzystywania ludzkiego ciała we wszelaki sposób -> Karate, Taekwondo, Judo, itp.) lub skubią po trochu z każdej metody, klejąc z niej "styl" bardziej wszechstronny, jednak nie tak doskonały w jednej dziedzinie, jak te wcześniej przeze mnie przytoczone (Viet Vo Dao, Modern Jiu Jitsu, Krav Maga czy w końcu przekrojowy trening pod formułę MMA). Obie te metody podnoszą naszą szansę na wyjście cało z sytuacji opresji. Jednak jest też druga strona medalu.

Trenując, będąc sportowcem, zawodnikiem, w pewnym momencie zaczyna się wierzyć w swoje umiejętności. Rośnie nieco ego, ale i wiara w siebie (bo przecież mam tyle medali, tyle osiągnięć). Życie przyzwyczaja nas, że presja 'występu' na zawodach wiąże się też z walką, której zasady bardzo dobrze znamy, bo nie raz już startowaliśmy, czujemy się jak u siebie. Osiągnięcie tego etapu pomaga w zdobywaniu kolejnych trofeów, bowiem gdy mózg jest spokojny, to i walka przebiega dużo mniej chaotycznie; Jest jednak "ale", które bardzo ładnie wyszło w pierwszym turnieju UFC.

Mówię o scenariuszu walki, który toczy się nie po naszej myśli, bowiem w jakiś sposób wybiega poza konwencję, do której się szykowaliśmy.
Przykład: Trenuję Karate Kyokushin, a przeciwnik okazał się być bokserem. Prawie nie trenowałem odpierania ciosów pięścią na twarz, więc jest to dla mnie szok. // Albo odwrotnie // Jestem bokserem i mój przeciwnik Karateka skopał mi nogi tak, że nie mam siły skracać do niego dystans. // w końcu // jestem potężnym zawodnikiem stójkowym i poświęciłem 30 lat swojego życia na walkę w muay thai, k1, knockdown, kickboxingu i 'uj wie czym, a mój przeciwnik, gdy kopałem, przewrócił mnie na ziemię i nie mam pojęcia co robić. Tak właśnie było na UFC 1. I wygrał je Royce Gracie (bo jako jedyny walczył w parterze, wyrwał się poza konwencję).
(Tak wyglądało UFC 1. Czysta rzeź bez ograniczeń.)

Teraz wróćmy na ulicę. To miejsce właściwie nieokreślone. No bo gdzie może zdarzyć się zadyma? W ciemnej uliczce, na "Wyspie Słodowej" we Wrocku, gdy jakiś patol wypije za dużo piwa, w klubie, przed klubem, w kiblu klubowym, na domówce, przed domówką, pod Twoim blokiem, w sklepie podczas boju o karpia i... Eh, mógłbym tak w nieskończoność. A każde z tych miejsc to kolejny zestaw warunków do walki. Zawodnicy wiedzą, jak potężna różnica jest między pojedynkiem na macie (otwarta przestrzeń), ringu (olinowana przestrzeń) i w oktagonie (przestrzeń otoczona pionową ścianą z kratki) i przygotowują się do walki specjalnie w takim otoczeniu. Na "ulicy" tego przywileju nie mamy. Czyli prócz przełamania naszej konwencji sposobu walki, jest też możliwość zepsucia nam konwencji pola walki. Przykład: Jestem zawodnikiem taekwondo, umiem zajebiście kopać, ale walka odbywa się w tramwaju / na ośnieżonym chodniku (a np. jesteśmy już po czwartym piwie i nie za dobrze z naszą równowagą) Przeciwnik to cepiarz, ale masywny. Słowem przesrane.

Ostatnią okolicznością, o jakiej pamiętam pisząc ten wpis, jest zachowanie przeciwnika. Facet nie jest pilnowany przez sędziego, widownia (o ile jest) nie jest odgrodzona kratą / linami, a w okolicy mogą leżeć kamienie, piach, szkło, nierówności. Poza tym, skąd mamy wiedzieć, że nasz - wstępnie szykujący się na nas z pięściami - agresor nie ma w kieszeni noża-motylka, czy innej zabawki tego typu. 

(Rycina przedstawiająca Capoeirę u swoich korzeni. Dwóch Capoeiristas walczy ze sobą, używając technik, które znają i "oszukując", m.in. przy użyciu brzytwy)

Właśnie dlatego "zasady" walki które mamy utarte w głowie powinny diametralnie się zmienić. Wyobraźnia winna zadziałać. I tu swoją rolę odgrywa - przynajmniej w moim przypadku...
Capoeira to sztuka która przez długi czas wiodła prym w fawelach, rodzajach brazylijskich gett dla biedoty gdzie osiedliła się ludność czarna po zdelegalizowaniu niewolnictwa (niewolnik, który pracował codziennie, nagle stał się wolnym człowiekiem, ale bez fachu, wykształcenia, pomysłu na życie; więc ruszał na ulicę i gangsterzył). W kręgu w którym trwała niewinna gra, tańco-sparing można było wyłapać nożem w żebra, a czujność należało zachować zawsze (np. gdy przeciwnik udawał, że wiąże buta, tylko po to, by wybić się z przykucnięcia i strzelić nam czaszką w zęby. Bam! Cabecada!). Późniejsze pokolenie, reprezentanci legalnej Capoeira (na czele z Mestre Bimba), pamiętając o jej korzeniach, uczyli swoich podopiecznych Capoeiry tak, by była odbierana jak brazylijska sztuka walki, a nie ciulanka na ulicy (pomijając sparingi pełnokontaktowe, które Mestre Bimba przeprowadzał od czasu do czasu z zaawansowanymi, gdy młodsi adepci jego szkoły brali prysznic - stąd zwyczajowa nazwa tych sparingów "oczekiwanie na prysznic" - oraz ewolucję niektórych figur, pozycji, technik, w końcu gradację, metodologia nauczania Capo jest niemal taka sama po dziś dzień); jednak do dzisiaj, to właśnie podstęp jest w niej ceniony dużo bardziej niż technika, tężyzna fizyczna, akrobatyka czy jakikolwiek inny aspekt. Spryt, zaradność. I choć współcześni Capoeiristas w przerażającej większości zapominają o tym, że umiejętność zachowania "zimnej głowy" w przepychance to nieodłączny element nauki sztuki walki, to umiejętność odnajdywania się w trudnych sytuacjach, malicia, wcześniej wspomniany spryt, jest w Capoeirze wartością najważniejszą. 

(Mestre Bimba prezentujący technikę. Capoeira Regional / Luta Regional Baiana u swoich korzeni)

Dlaczego tak jest? Bowiem Ci ludzie nie są szkoleni na sportowców mających osiągać jak najwyższe noty w rywalizacji 1v1. Zawodów w Capoeira nie ma, a jeśli od czasu do czasu ktoś jakieś zorganizuje, to na bardzo różnorakich, niejasnych zasadach i generalnie "dla jaj".  Od początku istnienia Capo, jej praktykantami były oprychy, ludzie dopuszczający się czynów powszechnie nieakceptowalnych (np. przeginanie z alkoholem, spanie do południa, a potem szaleństwo przez noc); włóczykijów; ludzi stawiających bardziej na po... Wróć! Na oczekiwanie na szczęście, niż pogoń za chwałą. Dlatego też wysnuwam następujący wniosek: Capoeira nie uczy tego, by zawsze być najlepszym, ale jej filozofia głosi, że zawsze może znaleźć się ktoś, kto ma uczciwą lub nieuczciwą przewagę (bo jest lepszym technikiem, albo ma kolegów) i wtedy należy użyć podstępu by, mimo wszystko, wygrać. 

Na ulicy:
Twój zestaw technik batalistycznych+spryt+umiejętność adaptacji do sytuacji jest dużo ważniejszy, niż sam zestaw technik batalistycznych na nieco wyższym poziomie.
(czyt. jeśli koleś trenował - przykładowo - 10 lat Muay Thai i chce was zabić, to nie krępujcie się przyp***dolić mu np. krzesłem, a potem dopiero kopnąć w łeb, zanim ogarnie co się stało.)

(Winien jestem wspomnieć też, że to rada ogólno-życiowa do dowolnej interpretacji, nie przepuszczona jednak przez filtr prawa polskiego, którego wykładnia zazwyczaj niestety nie sprzyja ofierze napaści)

(W scenie przedstawiono jak główny bohater - Tony Jaa - walczy kolejno z trzema przeciwnikami. Masywnym, Szybkim/Taekwondo, Sprytnym. Zauważcie, że scena jest dość symboliczna. Przeciwnicy wychodzą według swojego "poziomu trudności" i gdy sprytny pojawia się, cała publika panikuje. To on wydaje się być najgroźniejszym przeciwnikiem dla głównego bohatera, choć nie ma ani masy, ani zaplecza technicznego jak jego dwóch poprzedników.)

Capoeira trenowana jest dla dobrego humoru; w celu doskonalenia się. To zestaw ekspresji ruchowej, tańca, akrobatyki, walki, muzyki, multum innych aspektów. Prawdziwy Capoeirista potrafi je zespoić i pielęgnować wszystkie razem; a gdy uzna, że w jednym z nich odnajduje się wyjątkowo dobrze ( i uzna, że warto ją doszlifować. Np. umiejętność walki uzupełnić o grappling / obicie dla nauki "zimnej głowy"), wtedy mamy ewenementy typu Capoeiristas walczący w MMA, Capoeiristas uczestniczący w bitwach Break Dance, w końcu Capoeiristas nagrywających hiphopowe miksy. 

(Pojedynek popisów breakdance vs capoeira)

 
(Capoeira w MMA)

Na rozchodne nawiążę jeszcze do mojej pretensji z pierwszego akapitu. Otóż zauważcie, że w filmach dla nastolatków typu Never Back Down, Tapped, itp. Capoeira przedstawiana jest w negatywnym świetle (pajac świruje, robi gwiazdy, dostaje w łeb). Ale, jak już Capoeirista pojawia się w oktagonie, to zazwyczaj robi rozpie*dol i staje się hitem youtubowym. Marcus Aurelio, Cesar Mutante, Jean Silva czy nawet Piotrek z pierwszego sezonu MMAaster, który odpadł przez kontuzję, a gdy jego rywalom pozwolono zadecydować, czy może wrócić, Ci nie przyjęli go w obawie, że rozgromi ich bez problemu. Bowiem przez całą karierę w programie był najlepszy (MMAster odc 1 - do chyba 6. Sezon 1).

A powyższym postem nie atakuję praktykujących sporty / sztuki walki jakiekolwiek. Uważam, że jeśli zawodnik ma dostatecznie odporną psychikę, to w starciu z drugim przeciwnikiem jest w stanie wybronić się czymkolwiek; a sporty walki (JITSU - ze względu na przedłożenie technik walki ponad dodatkowe filozofie, otoczki) do starcia ulicznego przygotowują lepiej, niż sztuki walki (DO - zawierające dużo elementów dodatkowych, nie powiązanych bezpośrednio ze starciem fizycznym, uczących nie tylko samej walki).

Szacunek dla wszystkich trenujących!

wtorek, 6 stycznia 2015

Krąg

(Entre na Roda!)

Hej. Chronologicznie ten post powinien być pierwszym, ale wahałem się, czy w ogóle go upubliczniać. Taka bardzo osobista notka dotycząca czego tylko się da, która - jako rękopis - leżała gdzieś między książkami, dokumentami i innymi śmieciami, które przewalają się przez mój pokój. No ale cóż - mniej tłumaczenia, więcej pisania. Witajcie w mojej Roda! 

Wydaje mi się, że w życiu każdego człowieka występują pewne znaki, symbole albo ogólnie - elementy składowe, które dla otoczenia nie są niczym specjalnym, jednak pojedyncze jednostki wiążą z nimi różne wywindowane wartości. Mogę być w błędzie, ale nawet jeśli, to i ja mam swój zestaw symboli, które właściwie kształtują mój charakter od jakichś pięciu - sześciu lat. Te symbole (no, teraz to będzie epicko...) to żywioł wody (jeśli ktoś chce zrozumieć, czemu, to odsyłam do lektury na temat Mistrza Bruce Lee i jego filozofii), feniks (o którym opowiem później) no i tytułowy krąg.

(Każdy potrafi "gadać". Jednak czyny mówią więcej niż słowa. A to, żeby wziąć odpowiedzialność za konsekwencję swoich czynów, wymaga już pewnej ikry. Co?)

Nie jestem pewnie pierwszym, który uznał, że życie w "cywilizowanym świecie XXI wieku" kojarzy się z niewolnictwem. Niby wszystko jest, a nic nie mamy. Niby to najlepsze czasy, a zaledwie garstka ludzi robi to co lubi i dąży do prawdziwego celu życia, tj. osiągnięcia szeroko rozumianego szczęścia (bowiem celem życia nie jest jego "rurkowcowe" przeżycie :D). Cała reszta jak barany idzie za modą, trendami no i goni za forsą, aż do grobu. Pewnie też bym tak skończył, jednak mimo pecha - który jest mi już bratem - jakaś opaczność sprawiła, że odkryłem "Capoeira". Naturalnie, rozpisywanie się co to jest ta Capoeira nie ma sensu, więc przejdę do sedna dzisiejszego przekazu.

Jestem wojownikiem, facetem, który chce dać bezpieczeństwo i szczęście osobom, które kocha; ale i mocno poczuć swoje życie. I tu pojawia się krąg! W mojej krótkiej egzystencji ma on trojakie znaczenie. Kręgiem jest ying-yang, wschodni symbol głoszący, iż w każdym złu jest trochę dobra, a w dobru nuta zła. Piękna maksyma na życie, co? ;) Jednak krąg to też miejsce (a raczej miejsca!) do których uciekam. To klatka, w której walczę ze sobą, z moimi demonami. Oktagon, do którego wejście nigdy nie jest przyjemne. Krąg to też "roda de Capoeira" w której odbywa się gra Capoeira. To i to sztuki walki, tu i tu się leją, kopią i tak dalej...

Cóż, spieszę z wyjaśnieniami. Walka MMA to najwyższy próg trudności w sztukach walki. Trzeba być biegłym w każdej płaszczyźnie i mieć psychikę ze stali. A ja, za każdym razem gdy w to wchodzę, czuję, że staję naprzeciw zdarzeniom z przeszłości. Nie biję się z przeciwnikiem, a ze swoimi kompleksami, słabościami. Ze sobą. I gdy wygrywam, dopiero wtedy dostaję swoją nagrodę - wolność (i chwałę! Ale o chwale opowiadał Mike Tyson u wojewódzkiego i temat wyczerpał ;)). I choć to trochę droga do samozniszczenia, to potrzebuję tego. I pewnie nie tylko ja. Ciekawie ujęli to chłopaki w pierwszej połowie filmu "Fight club". W każdym z nas tkwi mała furia, której trzeba dać ujście. Czasem nawet nie chodzi o zwycięstwo, tylko o sam rytuał walki. 

(słowa mistrza)

W "Roda de Capoeira" sprawa ma się nieco inaczej. Dla przeciętnego widza  ta "roda" to grupa ludzi ustawiona w kręgu (!), w środku którego trwa sparing - taka mieszanka popisowej bitwy breakdance i kickboxingu light contact, tyle, że z obaleniami, podcięciami. No i wszyscy się cieszą!

Dla mnie roda to ten mały kawałek ziemi, oddzielony murem przyjaciół, ludzi mi bliskich. Ten mur utrzymuje wewnątrz dobrą energię i separuje od grających Capoeiristas zło i szarość codzienności. Właśnie dlatego tak bardzo lubię być w środku. Tu nagrodą jest sama gra, a nie zwycięstwo (jak w przypadku MMA). I choć przebiegłości tam mnóstwo, nie ma cierpienia. Roda de Capoeira daje nam, Capoeiristas, możliwość ekspresji, pokazania jacy jesteśmy. Ale wzmacnia w nas także więź w grupie. Nie jesteśmy solistami, a zgraną ekipą, gdzie broni się drugiego całym ciałem i sercem... Nawet jak ten gad zalazł nam kiedyś za skórę! No bo rodziny się nie wybiera, a "po tym poznasz mistrza, jak zło w dobro obraca" (to cytat Fokusa. Jestem wielkim fanem). No i forma ekspresji jest różna, bo Capoeira to też śpiew. Ale ten śpiew brzmi dobrze tylko wtedy, gdy "wokalista" robi to z głębi serca, szczerze, bez wstydu; a nie z obowiązku / przymusu.

(Roda de Capoeira. Krąg.)

Pewną analogię odnajduję też w historii sztuki Capoeira. Dawniej, dla niewolników, była formą buntu, manifestacji swojej kultury i ucieczką przed zniewoleniem, a nawet szansą na prawdziwą wolność. Nie jestem czarny. Ba! Po portugalsku umiem cztery słowa na krzyż. Jednak wierzę, że czuję to co oni. Tylko, że moich... Naszych (!) łańcuchów nie widać. Mimo wszystko, wolność czuję jedynie trenując, będąc w akcji. Sztuki walki zmieniły moje ciało, mój charakter, moje całe życie. Sprawiły, że mały grubasek, przypałek z gimnazjum stał się dumnym wojownikiem (chociaż, do Vegety jeszcze ciut mi brakuje ;D), którego pewnego szczęśliwego dnia, jeden z mistrzów Capoeira ochrzcił (prawdopodobnie przez przejęzyczenie) "Pavao". I tym płaczliwym akapitem rozwiązuję tajemnicę symbolu feniksa. Podobnie, jak ten mityczny stwór, i ja dostałem szansę na nowe życie; a ludzie, których przy okazji tego "odrodzenia" poznałem, nauczyli mnie, że da się to głupie szczęście za ogon chwycić. Dlatego "Dziękuję tym, którzy ze mną od lat ten tunel kopią" (L.U.C - jego też wielkim fanem jestem).

Na koniec chciałbym jeszcze raz podziękować Mikołajowi, który podkusił mnie, bym trochę myśli przelał na papier. Właśnie wróciłem z treningu i troche poobijany, cieszę się, że ktoś przeczyta tą historyjkę. Gadanina jak każda inna, bo wszyscy ludzie ciągną ze sobą swoje, dramatyczniejsze od tej, historie. Ale jest mi lżej. No i wymyśliłem nazwę. Fighter's Diary. Ciekawe, co mi z tego wyjdzie...

(Wpis ten powstał kilka miesięcy temu, jednak leżał odłogiem długi, długi czas. Rzeczywiście, pisząc powyższą treść byłem mocno poobijany po sparingach bokserskich w rękawicach MMA i naprawdę świetnie się z tym czułem)

niedziela, 4 stycznia 2015

Jak by to było?

(...gdyby mnie nie było?)

Sztuki walki to zabawa dla twardzieli, nikt tego nie kwestionuje (a jeśli komuś się zdarza, to szybko mu środowisko nos uciera) jednak my, jako wojownicy powinniśmy zdawać sobie sprawę, do którego momentu jesteśmy tymi twardzielami z własnego wyboru, a kiedy zaczynamy grać na pokaz. Nie mam absolutnie żadnego problemu z filozofią życia, w której mężczyzna, wojownik chce przyjąć wszystkie problemy swoje, czasem nawet części bliskich, na klatę i uporać się z nimi. To takie rycerskie. Jednak warto mieć świadomość, do którego momentu to bohaterstwo jest wciąż bohaterstwem, a kiedy staje się po prostu głupotą.

Jesteśmy tylko ludźmi. Trochę mięsa, kości i... Mózg. Nasz komputer - headmajster który potrafi uroić bardzo wiele mimo silnej woli właściciela. Skąd wiem? Sprawdzone empirycznie. Nie wierzę, że znajdzie się osoba, która nigdy nie obwiniała się o coś, na co w rzeczywistości nie miała wpływu; nie potrafię pojąć, że istnieje osoba, która jest całkowicie i ostatecznie odporna na zewnętrzne opinie (owszem, siła charakteru pomaga stać się indywidualistą, bronić swoich racji, jednak opinie ludzi dookoła mają zawsze jakiś, choćby minimalny wpływ na nasze decyzje. Nawet jeśli nie zmienimy swojej racji, to i tak mimowolnie włączy się ta czerwona lampka. Podejmowanie decyzji to ryzyko. Ryzyko, że się zbłądzi).

Więc, kiedy tak zbieramy w sobie te drobne impulsy, że coś jest nie tak, że coś zrobiliśmy źle; w końcu gdy coś poszło nie tak w naszym życiu i zaczynamy powoli tracić kontrolę, szalejemy. Człowiek nauczony jest (zwłaszcza Europejczyk), że trzeba panować nad wszystkim. Dopiąć każdy guzik, nie zostawiać miejsca na chaos. Co się stanie, gdy takiego Europejczyka połączymy z wcześniej opisanym przeze mnie twardzielem? Facet się przepala, załamuje i podejmuje nierozważne decyzje. A czarę goryczy przelać można pierdołą:
kłótnią z rodziną, z dziewczyną; problemami w pracy; niespodziewaną chorobą; nawet wtopą kolejnego z rzędu egzaminu. Co wtedy następuje? Niestety, wielu dochodzi do wniosku, że ma dość presji i wykonują zamach na własne życie. Właśnie dlatego warto rozmawiać - by nie przeciążyć swojej psychiki, by dać ujście złu, które się w nas kotłuje. Ba! Dlatego większość z nas walczy. Jesteśmy twardymi, przyjmującymi ciosy i ból zawodnikami szukającymi kolejnych wyzwań, jednak w rzeczywistości, gdy idziemy na matę, na salę, siłownię, to po to, by móc rozkoszować się uczuciem nieprzejęcia. Gdy walczymy, trenujemy, myślimy tylko o tym co jest tu i teraz. I dlatego tak kochamy sport.

Na tym kończę swój dzisiejszy wpis - chciałem by był krótki, ponieważ liczę, że bardziej skupicie się na wypowiedzi trenera Bagińskiego, który po śmierci jednego ze swoich przyjaciół, wygłosił na macie następującą mowę:

(To ostateczna decyzja. Nie ma już odwrotu)

sobota, 3 stycznia 2015

Noc pełna może być słodyczy...

(...tej nocy jednak to zupełnie nie dotyczy!)

No i jest, jedna z tych chwil, w których mogę liczyć tylko na siebie. Rodzina i bliscy nie pomogą (nie to, że nie chcą. To mi się zachciało dorosłego życia!). Stres? Nie. Chciałbym pomówić o znacznie intensywniejszym doznaniu. O strachu. Widzicie, czytelnicy, ten dumny kraj w samym sercu Europy nawet na co dzień rzuca nam pod nogi potężne bale. Życie tutaj to takie przechodzenie gry na trybie "very hard". Płaca dwa razy mniejsza niż w innych "lansowanych" krajach, a i w walucie 3-4 razy mniej wartej. Jedyny prym wiodą dzieci resortowe i ludzie, którzy wpadają tu na krótkie wakacje, by wydać nadmiar eurasów. Mniejsza. Dążę do tego, że każdy jeden z nas czuje na klatce piersiowej presję związaną z różnymi dziedzinami życia. 

Taki podstawowy zestaw tych dziedzin to wiadomo: wykształcenie, praca, rodzina, mieszkanie. Czyli ogólnikowo mówiąc, "jak związać koniec z końcem żeby było normalnie"? Powołując się na bezcenną wiedzę, którą zdobyłem w... Yy. Gimnazjum, na lekcji WoSu? Przytoczę motyw piramidy Masłowa (przepraszam, jeśli pokręciłem coś z nazwiskiem).
(Piramida potrzeb Masłowa)
A więc, wspomniane wykształcenie, pieniądze, mieszkanie i inne śmieci to druga z pięciu podstawowych potrzeb ludzkich zaprezentowanych w piramidzie (przeplatane z pierwszym - bo pieniądz to też możliwość zakupienia jedzenia), a podstawowym jej założeniem jest, że nie można zająć się potrzebami wyższej kategorii, jeśli te z niższej nie zostaną nam zapewnione. Widzicie już analogię? Nie? Spieszę z tłumaczeniem.

Nie pochodzę z biednej rodziny. Moi rodzice bardzo ciężko pracowali, by dać mi szansę na wystartowanie w tym pościgu z normalnej pozycji, dać możliwość sięgnięcia po któryś z wyższych (nad 1 i 2) elementów piramidy. Jednak w życiu miałem przyjemność i nieprzyjemność mieć styczność z ludźmi z najróżniejszych kast społecznych i wiecie co? Im bardziej ktoś miał "poukładane" w portfelu, tym większymi pierdołami w życiu się zajmował, tym usilniej doszukiwał się problemów tam gdzie ich nie ma, itp. Ten sam mechanizm działa w drugą stronę. Gdy mamy przykładowo samotną matkę, która ma na utrzymaniu dwójkę dzieci i pracuje za najniższą krajową (w jakimś kołchozie a'l "Strefy ekonomiczne" / Amazon / cokolwiek), to ta spracowana biedna kobieta nie ma czasu na angażowanie się w grupy społeczne, czytanie, łapanie informacji i wyrabianie sobie opinii (zwłaszcza obiektywnej, nie kształtowanej przez media). Więc analogicznie nie przyłączy się do żadnego zgrupowania politycznego. Będzie skupiała się na tym, by stabilizować sytuację w swoim gospodarstwie domowym, a i przy każdej nadwyżce, dać sobie, swojemu ciału i duszy ulżyć (czy to przez drzemkę, czy - w bardziej hardkorowych przypadkach - przez wyzerowanie flaszki wódki). Tak więc ani nie zagłosuje (a jeśli zagłosuje, to na to, co podszepce jej TVN ), ani nie wyjdzie na ulice w wielkim proteście. Bo nie ma czasu na "pierdoły". 

W ten oto sposób zaniedbanym, biednym i głupim społeczeństwem da się pięknie sterować; przepychać wałki (niedawna próba zmiany konstytucji w środku nocy; posłanka "sałatka" i zatajone przez telewizję przesłuchanie miłościwie nam panującego Pana Prezydenta (piszę z dużej litery, bo nie chcę, żeby mi CBA czy inne ABW wpadło do domu jak facetowi od antykomor.pl) ) i ustawiać kariery dla siebie, swoich dzieci i piętnastu pokoleń wstecz. Wykop aż roi się od relacji, co tam u naszego słońca Peru w Brukseli się dzieje. Tak działają mechanizmy w naszym kraju i dlatego nie daje się niczego zmienić - jednak w tym momencie kończę o polityce, bo cel dzisiejszego posta jest zupełnie inny.

Strach. Nie jestem alfa i omega, nie wiem z jakimi trudnościami każdy z was, Czytelnicy, z osobna, zmagał się w swoim życiu, a doświadczając mojego, wiem, że każdy człowiek to potężna księga doświadczeń i historii. Lepszych i gorszych. Ale na bazie własnego, świeżego doświadczenia chciałbym tym, którzy "mocniejszych" wrażeń mają ze sobą mniej, uświadomić coś bardzo ważnego. Mianowicie:

"(...) jesteś jak zdrowie, 
ile Cię trzeba cenić, 
ten tylko się dowie, 
kto Cię stracił" 

W prawdzie ten element Inwokacji nie dotyczy bezpośrednio zdrowia, jednak w nim autor odwołuje się do owej uniwersalnej wartości jako czegoś najważniejszego, potrzebnego bezwarunkowo. I ma rację!
Bowiem w życiu codziennym nachodzą nas często małe niepokoje. I możemy mówić o wyzwaniach, które przynosi nam zawód w którym pracujemy; o egzaminach, do których by się przygotować, należy przestudiować pół Biblioteki Aleksandryjskiej; o utarczkach z osobami trzecimi; w końcu o walce (bo to fighter's diary!); wielu, wielu innych. Jednak nie jest to strach pochodzący z głębi naszej natury. Ten typ strachu to wypadkowa stresu, naszego wychowania i odpowiedzialności, do której się poczuwamy w danej kwestii. Drobne zmartwienie, albo kilka, albo kilkaset (jak to w Polsce bywa...), które w prawdzie unieprzyjemniają życie codzienne, jednak nie zatrzymują biegu naszych egzystencji. Ten typ strachu da się jednak zniwelować. Świetnie udowadniają to meksykańscy bohaterowie książki Wojciecha Cejrowskiego "Rio Anaconda" (polecam!) którzy lubują się w "nicnierobieniu", czerpią z każdej upojnej chwili dyndania w hamaku i nie wstają do działania, póki sytuacja ich rzeczywiście nie przymusi. Podobnie mają Brazylijczycy, z którymi miałem przyjemność współpracować lub trenować (no bo to głównie mistrzowie i instruktorzy Capoeiry). Widocznie wychowani w innej kulturze, zazwyczaj, mimo przeciętnego życia, wcale nie ponad stan, potrafią cieszyć się codziennością, każdą nowo poznaną twarzą. Z życia biorą szczęście, a nie stres. Ten zostawiają innym. Bo przecież zawsze jakoś się ułoży. Ja sam bardzo pochwalam ich podejście. Prawdopodobnie dlatego, że wychowano mnie zupełnie inaczej i mam dość osobistej spiny, która ciąży mi jakby to były kamienie nerkowe. 

(fight your fear, stand your ground)

Inną formą strachu jest prawdziwe poczucie zagrożenie naszego życia. Taki strach wynika z głębi naszej natury, pierwotnych instynktów i najbardziej dostrzegalny, w najczystszej formie, jest w sytuacjach, w których adrenalina zalewa nasz mózg. Np. podczas wypadku samochodowego, gdy właśnie siedzimy grzecznie w koziołkującym samochodzie i nie wiemy, gdzie i kiedy się zatrzymamy. Jednak to wyjątkowe ekstremum i nie zdarzy się (mam nadzieję) każdemu. Ja sam tego typu strachu doświadczam w dużo mniejszych dawkach, jednak mniej więcej od dziewięciu miesięcy. Bo zdarzyło mi się zachorować i w związku z tym wpadłem w łapska kulawego systemu NFZ który zaserwowali nam miłościwie PFU! panujący (dlatego taka długa polityczna introdukcja). No i tu zaczęła się jazda. Strach narastał we mnie za każdym razem, gdy widziałem w oczach kolejnego internisty / specjalisty niezrozumienie, "yyy" w wypowiedziach, zająknięcia, niepewność i próby eksperymentowania na moim organizmie (bo NFZ płaci od ilości wizyt, a nie od wyleczeń. Sukinsyny.) w wyniku czego po dziewięciu miesiącach wciąż jestem chory (bez detali) i w rzeczywistości nie wiem do końca co mi jest. Do czego dążę tym krótkim żalem? Że w życiu, idąc wzorem przyjaciół z Brazylii, należy cieszyć się małymi detalami, doznaniami, tym co mamy i choć gdy jest stabilnie, wypada walczyć o więcej (bo na tym polega życie. na intensywnym DOŚWIADCZANIU), to trzeba pamiętać, że stabilność (tu: zdrowotna, bo najlepiej obrazuje. Że inaczej żyje się z obiema nogami, a inaczej np. z jedną) nie jest nam gwarantowana gratis z faktem, że żyjemy i należy ją doceniać. Dbać o nią i pielęgnować. Ponieważ wartości takie jak zdrowie, to podstawa naszej piramidy Masłowa i bez tej bazy nie uda nam się wspiąć ani szczebelek wyżej. No a przecież chodzi o to, by wejść na szczyt. Wygrać tę grę, nawet jeśli funduje nam na wstępie level "very hard".