czwartek, 12 listopada 2015

Gradacja w Capoeira - wyjaśnienie, interpretacja, komentarz


Dzień dobry! Choć najtęższe umysły na świecie (albo przynajmniej w tym rejonie Polski) pracują właśnie nad zarysem pierwszej serii vlogów Fighter Diary, tradycyjna odsłona musi trwać. Tak więc uznałem, że dziś zajmę się zagadnieniem piekielnie chaotycznym i proszącym się o wytłumaczenie.

Świat sztuk walk jest wielki, ale wszędzie, jak Ziemia kulista, czarny pas to czarny pas - top badass. W Capoeira jest trochę inaczej. Czarna "corda" nie istnieje. Znaczy, istnieje, ale nie jest tak fenomenalnym zjawiskiem jak ten słynny już "I DAN". Ale o tym zaraz. By tłumaczenie miało ręce i nogi, zacznę od krótkiego słowniczka pojęć Capoeirowych, które przewijają się w świecie Capoeiristów non stop, są ściśle powiązane z gradacją, a dla postronnej osoby bądź zawodnika innego stylu, mogłyby być najzwyczajniej w świecie niezrozumiałe:

apelido - "ksywa", nickname w świecie Capoeira mający swoje korzenie historyczne w czasach, gdy wspomniana sztuka była jeszcze nielegalna. Capoeiriści w Brazylii posługiwali się wymyślonymi pseudonimami po to, by być rozpoznawalnymi wewnątrz swojego świata, a jednocześnie całkowicie nierozpoznawalnymi np. na policji (przypominam, że przez pewien okres czasu w Brazylii Capoeira była nielegalna i kojarzyła się z kryminalnym półświatkiem).
cordao - "pas" w Capoeira, kolorowy sznur określający stopień wtajemniczenia Capoeiristy. Nieodłączny element pełnego stroju zawodnika uprawiającego współczesną / nowoczesną Capoeirę.
stopień nazywany - od pewnego poziomu w Capoeira stopnie mają określone nazwy. O ile gradacja zaczyna się od kilku stopni alunos / aluno advancado (tł. uczeń, uczeń zaawansowany), tak każdy następny stopień ponad 'aluno' ma swoją nazwę, która przytaczana jest razem z apelido. Jest to o tyle ważne, że w każdej grupie Capoeira gradacja jest inna (bywają bardzo podobne, jednak nie wszędzie) i wspomnienie stopnia zaawansowania przed przytoczeniem apelido to forma przedstawienia danej osoby z pełnym inwentarzem.
batizado - chrzest Capoeiristy. Ceremonia nadania, według przyjętych wewnątrz danej grupy zasad, pierwszego stopnia (przejście z czystej corda, tł. białego pasa, na pierwszy kolor).
troca de corda - ceremonia zmiany każdego następnego stopnia po pierwszym batizado
gradacja dziecięca - pominięte w mojej analizie zestawienie stopni dla młodych Capoeiristas, poniżej 16 roku życia, zazwyczaj odnoszące się kolorystycznie do pełnych, dorosłych stopni.
roda - krąg, w którym Capoeiriści "grają" Capoeirę, czyli wymieniają się kopnięciami, unikami, popisują i rywalizują. Dla laików: gra Capoeira to coś jak połączenie walki kickbokserskiej z bitwą breakdance.

Pisząc o gradacji w Capoeira warto wspomnieć słów kilka o jej genezie historycznej. Otóż, w przeszłości, za czasów, gdy wspomniana sztuka walki była nielegalna, nie istniał podział na stopnie. Społeczności dzieliły się na Capoeiristów i na Mestre, który był nauczycielem oraz swojego rodzaju "przewodnikiem stada". Pierwszy podział wprowadził w swojej akademii Mestre Bimba, który prócz wprowadzenia całkowicie białych strojów, narzucił podział na aluno (uczeń), formado / graduado (uformowany capoeirista / absolwent), mestre (mistrz). Aluno mógł być każdy, kto przychodził na zajęcia i uczył się Capoeira. Graduado zostawała osoba, która opanowała podstawowy 'kurs' Mestre Bimby. Ten trwał (o ile pamięć mnie nie myli) około pół roku - roku. Taka osoba oczywiście wciąż rozwijała się w Capoeira, jednak była to już trochę inna forma nauki. Graduado nie uczył się pojedynczych ruchów, a ich zestawień, zastosowań. W program jego nauki wliczały się też elementy walki pełnokontaktowej poza roda. Tytuł mestre przysługiwał z kolei samemu Mestre Bimbie - 'szefowi' akademii, który prowadził zajęcia.



Dalsze rozważania opierał będę na przykładzie gradacji grupy, której członkiem jestem, tj. Orun Capoeira. Na szczęście nasza gradacja kolorystycznie pokrywa się z wieloma innymi gradacjami, toteż myślę, że będzie to bardzo dobry obraz przykładowy:

1. Stopnie aluno
Jest to zestaw stopni definiujących Capoeiristę jako ucznia początkującego lub zaawansowanego. W poniższej wizualizacji graficznej przedstawiłem stopnie 'aluno' z grupy Orun, wyłączając stopień czysty (biały pas), który w niektórych grupach liczony jest jako pełnoprawny stopień, a w innych z kolei jest tylko sznurkiem, by 'portki z tyłka nie spadły'.
Nawiązując do gradacji z innych, popularnych sztuk walk, w tej gradacji, corda pomarańczowa odpowiada stopniowi zaawansowania niebieskiego pasa w BJJ, zielonego w Karate Kyokushin (4-3 Kyu) lub czerwonego w Taekwondo (2 kup).



2. Monitor / Estagiário
Okres przejściowy między statusem Capoeiristy, który opanował w pełni podstawy Capoeira, a uczniem. W niektórych grupach Estagiario jest to też stopnień 'tymczasowy' dla ludzi, którzy przyszli z innych grup, a w nowej nie nadano im jeszcze stopnia według "ichniejszej" gradacji. 
Analogicznie, stopień Monitor zaawansowaniem w Capoeira odpowiada purpurowemu pasowi w BJJ, brązowemu w Karate Kyokushin (2 Kyu) oraz czerwonemu z czarną belką w Taekwondo (1 kup).

3. Graduado

Osiągnięcie pewnego rodzaju dorosłości w Capoeira. W dosłownym tłumaczeniu "absolwent", więc osoba, która opanowała wszystkie podstawy, 'zakres materiału'. Wciąż się uczy, jednak jest to już rozwój na innym poziomie niż uczniowie. Graduado zazwyczaj zabiera się za otwieranie swojej sekcji, przekazywanie wiedzy dalej. Prowadzi samodzielnie roda, jeździ na eventy i warsztaty innych grup. Jest aktywnym elementem świata Capoeira. 
W odniesieniu do innych sztuk walk, graduado określiłbym na poziomie wtajemniczenia brązowego pasa w BJJ, brązowego w Karate Kyokushin (1 Kyu) oraz pierwszego czarnego pasa w Taekwondo (I DAN).








4. Instrutor
Rozpoznawalny w świecie Capoeira, w pełni kompetentny i wykształcony Capoeirista, zdolny poprowadzić za sobą całą grupę. Zna historię Capoeira, posiada wszystkie niezbędne umiejętności, od gry roda, przez prowadzenie jej, organizację różnego rodzaju eventów, po wykorzystanie Capoeira w walce. Jest pedagogiem, ma kompetencje, by uczyć i formować nowych Capoeiristów. Solidna marka!
Porównując do innych stylów, instrutora porównałbym poziomem wtajemniczenia do czarnego pasa w BJJ (pierwsza belka), czarnego w Karate Kyokushin (1 DAN) oraz bardziej zaawansowanego czarnego pasa w Taekwondo (II - IV DAN).




 5. Professor (tu brązowy), Mestrando / Contra Mestre (tu brązowo-czerwony), Mestre (czerwony)
Te trzy stopnie zebrałem do jednej podgrupy, ponieważ w mojej opinii są to stopnie mistrzostwa w Capoeira, a różnice między nimi są bardzo plastyczne. Wszystkie te trzy stopnie mają kompetencje do tworzenia i prowadzenia własnej grupy Capoeira, wpajania filozofii i fundamentów Capoeira swoim uczniom. Osiągnięcie takiego poziomu zaawansowania (professor) to (z mojej obserwacji, dla Europejczyka) kilkanaście (18-20?) lat ciężkiej pracy. W ramach ciekawostki wspomnę, że nie mamy w kraju jeszcze ani jednego polskiego Mestre. A pierwszy Contra - Mestre Polak, to osoba, która była prekursorem Capoeiry w Polsce, Adam Faba.
Nawiązując do innych sztuk walk, te trzy stopnie to poziom mistrzostwa, pisany dużymi literami, coś jak IV DAN i więcej. W dowolnym stylu.

Professor:
Mestrando / Contra Mestre

Mestre:


W podsumowaniu chciałbym podkreślić, że stopień danego Capoeiristy nie jest jedynie wyznacznikiem jego sprawności fizycznej. Aspektów, które bierze się pod uwagę przy nadawaniu nowego stopnia jest mnóstwo: od filozofii, znajomości historii, muzyki, przez zdolności pedagogiczne, fizyczne, aż po umiejętności praktycznego zastosowania Capoeira. Dlatego też może wydawać się, że na niektóre stopnie "czeka" się nieproporcjonalnie długo, w porównaniu do innych, np. bardziej usportowionych stylów walki. Otóż podkreślam, że tak NIE jest. :)

Nadmienię też, że całe to opracowanie jest efektem moich wieloletnich obserwacji, analiz i porównań, ale nie należy go traktować jako prawdy objawionej. Wszystko, co napisałem powyżej, to moja osobista opinia i istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że spotka się z krytyką jakiegoś autorytetu / autorytetów. Każdą korektę przyjmę na klatę. Tak więc artykuł to głównie taka ciekawostka.





===============================BONUS===============================



Pod koniec chciałbym się jeszcze pochwalić swoim sukcesem. Od pewnego czasu w świecie Capoeira zaczęła rozwijać się pewna - pozytywna - tendencja do organizowania zawodów Jogo de Capoeira w różnych rytmach, na różnych zasadach. Jednak każde takie zawody to świetna możliwość na sprawdzenie siebie poza swoją grupą, w 'obcym' środowisku. Sprawdzenie swojej elastyczności na "reguły gry" i odporności psychicznej. I tak oto grupa Cabana Capoeira podjęła się zorganizowania I Otwartych Mistrzostw Polski w Capoeira. Impreza miała miejsce 31.10.2015 i przyznam szczerze, że był to jeden z lepiej dopiętych (organizacyjnie) eventów, na jakich byłem. Zawody odbyły się w trzech grupach zaawansowania:
Alunos
Alunos Advancado (zaawansowani)
Monitores / Graduados
Warto wspomnieć, że za pierwsze miejsce w ostatnich dwóch grupach przewidziana była nagroda, 1000 złotych. Co prawda nie wróciłem do domu bogatszy o taką gotówkę, ale poznałem niesamowitych ludzi i w kategorii Monitores / Graduados, czyli tej najcięższej możliwej, trenując osiem lat, załapałem się na trzecie miejsce, a na podium stałem z graduados, którzy dublowali mnie stażem (14-16 lat w Capoeira).


 


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Wyraź się!


Mistrz Bruce Lee głosił, że sztuki walki to nie tylko metody treningu ciała. Kopnięcie, uderzenie - to nie są tylko mechaniczne ruchy, ale forma ekspresji. Choć często dzielimy się na style, które bardzo dokładnie określają, jak dana technika powinna być wykonana, to jednak nie ma dwóch identycznych osób. Co za tym idzie, nie ma też dwóch identycznie wykonanych technik (choć na wysokim poziomie zaawansowania kilku adeptów, wspomniane wyglądają niemal tak samo).

Wykonując ruchy, wyrażamy siebie. Dajemy ujście emocjom, które w nas siedzą. Staramy się często dotrzeć przy tym do skraju wytrzymałości - bo tam czeka ukojenie psychiczne. Umysł wojownika to czysty umysł.



Sztuki walki to taki 'multitool'. Paradoksalnie, nie używamy ich prawie wcale do walki o swoje życie, samoobrony, itp., a realizujemy nią własne ambicje. Od najbardziej błahych (jak przykładowo chęć zrzucenia zbędnych kilogramów / poprawy sylwetki) przez ambicje sportowe (zawody, medale, pow! pow!) po leczenie "chorób duszy". Wielu z nas ucieka na siłownię, salę, do dojo tylko po to by odciąć się od świata zewnętrznego. Liznąć trochę prawdziwej wolności z dala od życia codziennego i móc 'wyrazić siebie'. Z każdym ciosem, kopnięciem, dać ujście swoim żalom, gniewu, a czasem wręcz przeciwnie - euforii.

Doskonaleniem kolejnych technik budujemy też swoją samoocenę. Gdy pracujemy ciężko, stajemy się lepsi. A gdy dostrzegamy, że stajemy się lepsi, to mimowolnie, 'łatamy' istniejące kompleksy / blokujemy powstawanie nowych.


Trening to piękne narzędzie do poznawania samego siebie. Wspominałem już kiedyś słowa Joe Rogana - "You can't be full of bullshit, doing martial arts". Gdy jesteśmy w towarzystwie, stadzie, często wymówkami wywyższamy się nad drugą osobą. "Zrobiłbym to lepiej niż on, ale..."; "jestem lepszy od niego, tylko akurat...", a w końcu gimnazjalne "co z tego, że trenuje karate. To nieskuteczne, mam go na szota". Osoba, która regularnie pojawia się na sali i konfrontuje swoje umiejętności z innymi, równie ciężko pracującymi, zna swoje miejsce w szeregu. Chce być wyżej, chce robić lepiej, jednak wie, że by to osiągnąć, nie wystarczy puste gadanie. Trzeba realnie działać. Dlatego zaawansowani wojownicy są też często bardzo zdystansowanymi do siebie ludźmi.


Na zakończenie, wszystkich czytelników chciałbym zachęcić do zapoznawania się z materiałami dotyczącymi filozofii Mistrza Bruce Lee. Niemal codziennie utwierdzam się w przekonaniu, że wszystko o czym mówił, jest prawdą. Zarówno, jeśli chodzi o praktyczny trening walki, jak i o tą 'duchową' część rozwoju wojownika.

Worek treningowy to świetny psycholog.






niedziela, 9 sierpnia 2015

Kult siły

Na wstępie zaznaczyć chciałbym, że choć post ten pełen jest generalizacji i uogólnień. Nie mierzę każdego jedną miarą, a w wypowiedziach odnoszę się raczej do statystycznej większości. Prawilnie przypominam też, że każda pojedyncza osoba to osobna historia, unikatowa książka i nawet gdy podejmujemy się uogólnień, o zasadzie tej nie wolno zapominać.
No to jazda:



Jestem właśnie świeżo po książce Artura Górskiego "MASA o kobietach polskiej mafii" i choć polecam ją absolutnie wszystkim (bo uważam, że wciąga, jest pisana prostym, ale i estetycznym językiem i trafia do czytelnika), to przyznam się, że po zapoznaniu się z jej pełną treścią przeżyłem pewne wewnętrzne załamanie. Dlaczego? Bo utwierdziła mnie w dość nieprzyjemnym przekonaniu, którego wygłoszenie publicznie prawdopodobnie będzie dla mnie strzałem w kolano. No ale jak powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B.



Mimo tego, czym bombardują nas media, moda, legendy o studiach i innych "bujnych" okresach w życiu, chciałbym wierzyć, że inteligentna kobieta (choćby taka "po studiach" - choć i to nie zawsze idzie w parze...) to taka, która zna swoją wartość albo przynajmniej szanuje się w jakimś stopniu. I żeby było jasne: Nie uważam, że jakimś wielkim nietaktem jest typowy dla okresu studenckiego "przygodny seks" (choć myślę, że nawet w takiej konfiguracji dobierająca się "para" powinna widzieć w sobie wzajemnie jakąś wyższą wartość, coś więcej niż pociąg fizyczny, nawet jeśli to jednorazowy wyskok bez happy endu), jednak obrzydzenie i pogarda rodzą się we mnie w trybie natychmiastowym gdy tylko utwierdzam się w przekonaniu, że część kobiet, które budzą szacunek (kobiety sukcesu, te które widzisz w TV, a nawet niektóre 'koleżanki', które mijasz codziennie na ulicy i nigdy byś ich nie podejrzewał - te rezolutne, rozmowne, "rozgarnięte") mają za sobą kilka aktów cielesnych, których JEDYNYM i WYŁĄCZNYM celem było wywalczenie sobie pewnej pozycji społecznej, lepszych warunków. Krócej: zysk materialny.


Blog ten po części ma na celu promocję sportowego, zdrowego trybu życia, ale za dużo przy 'kieliszku' w trakcie studiów się nasłuchałem 'z pierwszej ręki', by wciąż wierzyć w pozory i pierwsze wrażenie. A lektura, którą przytoczyłem kilka zdań temu, od pierwszej do ostatniej strony utwierdza mnie w przekonaniu, że kobieta, która nigdy nie posunie się do zaoferowania swoich usług cielesnych za korzyści materialne, to nie coś zwyczajnego, częstego; a unikat. Diament wśród węgla. "Masa" podkreśla w niej dobitnie i wielokrotnie, że kobiety, które pojawiały się u niego na "zawołanie" (i uwierzcie, opisuję to tu delikatnie, łagodnie!) to nie były jakieś prostytutki, a wyrafinowane, inteligentne dziewczyny z dobrych domów. Bo jak po sukces, to najłatwiejszą drogą, hę?



Z przykrością stwierdzam, że jakichkolwiek wartości byśmy nie pielęgnowali w duszy, największe korzyści osiąga się siłą / przez eksponowanie władzy. Najprostszy przykład, z natury: Jeśli pijany drechol widzi dwóch gości, krępego ziomka w luźnej koszuli i dwumetrowego świniaka, na którym podkoszulek mało się nie zrywa, to jeśli będzie chciał kogoś kroić, niemal na 100% wybierze tego pierwszego. Dlaczego? Bo jak zwierzę, instynktownie uznaje go za słabszą jednostkę. A fakt, że pierwszy może okazać się czarnym pasem taekwondo, a drugi ma problem z umyciem zębów rano (co dopiero podjęcia kilkuminutowej walki) to już absolutny detal. Nie liczy się jak mocno dziobiesz, Pawiu, tylko jaki masz wielki... Ogon. ;]



Nasze kwalifikacje, własną wartość, to jak ktoś będzie nas postrzegał codziennie, ustawić możemy kilkoma prostymi guzikami, tj. stosownie dobrać ubiór, ton głosu, mimikę twarzy, fryzurę. Z każdego "badassa" da się zrobić mięczaka, a z mięczaka "badassa" - przynajmniej pozornie. I nie trzeba do tego ani lat siłowni, ani treningu walki.



W społeczności, w której większe korzyści osiąga się pośrednią / bezpośrednią przemocą lub ofertami cielesnymi (czyli w obu przypadkach zachowaniami na poziomie zwierzęcym) ludzie wartościowi niestety są już na "wyginięciu", więc jeśli ktoś z Was poznał takie (NIESPRZEDAJNE), to jakkolwiek ich odchył od 'normalności' wyglądałby dziko, należy im się szacunek. I zapamiętać należy, że pieniądze to tylko papier, umowna forma zapłaty. Jednego dnia je mamy, innego nie. Ale "siebie nie oszukasz". Mamy jedno życie i jest ono zbyt krótkie, by poświęcić je na bycie popychadłem / zabawką dla kogoś innego.

Jeśli chodzi o mnie:
Szanuję kobiety (choć książka Artura Górskiego rozerwała mi serce);
Walczę i trenuję by być niezależnym (m. in. od tych, którzy stosują przemoc jako środek argumentacji);
Wierzę w ludzi (choć z dnia na dzień coraz mniej);

Keep movin' on!


p.s.
Post pisałem pod wpływem książki i własnych (samczych) przemyśleń. Z chęcią jednak usłyszę, co nam do zarzucenia ma 'druga strona'. ; )

piątek, 31 lipca 2015

Flashback



Budzę się nagle zalany łzami i potem. Ciężko oddycham i dopiero po chwili dociera do mnie, że to tylko sen. Wtem staram się poskładać do kupy wszystkie, jeszcze niedawno piekielnie wyraźne, zawarte w nim wątki, by móc w ogóle go przeanalizować i zrozumieć co mną tak mocno wzruszyło. Jak się okazuje, eksplozji negatywnych emocji nie wywołało we mnie nic przerażającego.



W koszmarach, które miewam okazję doświadczać coraz częściej, nie ma eksplozji adrenaliny, nie goni mnie uzbrojony zabójca lub błyszczący zębiskami rekin. Jednak regularnie powtarzają się te same motywy, tj. bójki z ludźmi (kilka osób, które mógłbym wymienić na palcach jednej ręki, takich, co dopiekły mi w przeszłości i na których przytoczone imiona i nazwiska reaguję zawsze jak byk na czerwoną płachtę); kłótnie z ludźmi szczególnie mi bliskimi, drogimi i potrzebnymi; sprawianie mi przez te osoby jakiejś dobitnej przykrości (choć wiem, że w prawdziwym świecie scenariusz taki byłby niemożliwy). Nie mam zielonego pojęcia czemu tak się dzieje lub co moja podświadomość ma mi do przekazania, ale "pochwalić" się muszę, że tego typu sny są wyjątkowo męczące. Rodzą w psychice chaos, wzbudzają niepokój, który czasem po przebudzeniu gasić trzeba na nowo nawet po kilka godzin. W końcu, rozdrapują też pewne stare rany, o których - patrząc przez pryzmat dobrego życia, które wiodę - mógłbym właściwie nie pamiętać. 



Odkąd pamiętam, sztuki walki i treningi traktowałem nieco jak nałóg, tzn. "piję by zapomnieć", bowiem zakochałem się w stanie czystego umysłu, skupiania się jedynie na "tu i teraz", kolejnej technice bądź kolejnej serii. Na sali to ja jestem szefem swojego umysłu i trzymam wszystkie niepotrzebne myśli z dala. Jednak, okazuje się, że to co zmyślnie odseparuję podczas treningów fizycznych, wraca w nocy z potrojoną siłą.

Ciekawostką jest, że sny które teraz opisuję, w 95% nawiązują do przeszłości, dalekiej, a tylko w 5% przytaczają problemy bieżące, czyli znacznie łagodniejsze (jak np. obrona pracy dyplomowej, czy szukanie zatrudnienia).


======ciach bajera======

Są też dobre wiadomości. I to już czysto na sportowo. Otóż przez ostatni czas nie próżnowałem:
-Do 7 sierpnia współpracuję z fundacją freya.pl jako trener sportowy (samoobrona, capoeira, kalistenika), tj. prowadze tamtejszej młodzieży (14-19 lat, mieszanka ludzi z całej Europy) po kilka razy dziennie różnego rodzaju zajęcia, mające na celu utrzymanie ich w dobrej formie, nauczenie czegoś nowego i zaszczepienie zamiłowania do sportu. 
-Podjąłem współpracę z fundacją Siwy Dym we Wrocławiu, w wyniku której prowadził będę dla nich terapię ruchową bazowaną na Capoeira. Co więcej, specjalnym profitem dla mnie, wynikającym z tej współpracy, jest sala gimnastyczna po bardzo uczciwej cenie, w której będę mógł prowadzić zajęcia samoobrony we Wrocławiu regularnie, nie patrząc się na koszta ze strachem w ślepiach.
-Mam za sobą tygodniowy obóz Orun Capoeira nad morze, do Jarosławca, gdzie - z rzeczy istotnych - szef wszystkich szefów, Mestrando Fuampa ostatecznie pozwolił mi rozpocząć pracę nad rozkręceniem w jednym z miast Dolnego Śląska własną grupę Capoeira. Sprawa aktualnie siedzi w zawieszeniu do momentu, aż obronię pracę dyplomową, ale nie zapominam o tym.

 p.s.
Kto jedzie w tym roku na Hip-Hop Kempa? ;)


niedziela, 17 maja 2015

Może być łatwo albo ciekawie



Jestem świeżo po Batizado e Troca de Corda, czyli ceremonii nadawania stopni w Capoeira i siedząc sobie tak po nocy, pochłonięty dochodzeniem do siebie i rozmyślaniem o mojej pracy licencjackiej (na którą zostały dwa tygodnie - lubię wyzwania) doszedłem do pewnych wniosków. Tak oczywistych, że aż niewidocznych dla większości z nas. Mówię o prostym motto, które zawiera się w tytule tego posta.

Ciekawi ludzie lubią wyzwania. Trzeba to stwierdzić. Ktoś może mnie oskarżyć, że generalizuję, mierzę wszystkich swoją miarą, ale jest zasadą, że cel, który osiągnęło się przez ciężką pracę i usilne starania daje dużo większą satysfakcję, niż taki, który się ot tak otrzymało, dostało w darze od losu. Przykładów na powyższe twierdzenie jest mnóstwo. Pozwolę sobie przytoczyć te, które wydają mi się najbardziej obrazowe, ciekawe. Zarówno ze świata walki, jak i życia codziennego.

Najbrutalniejszym ogólnikiem, jaki pcha mi się na myśl, jest przykład zestawienia dwóch milionerów. Pierwszego, który wygrał okrągłą smukę fartem w lotto oraz jego odpowiednika, gościa, który dorobił się grubego bilonu, bo założył firmę i pracował jak wół, żeby ją rozkręcić. Nasz farciarz prawdopodobnie roztrwoni swój majątek już w pierwszy rok od wygranej. Co gorsza, narobi sobie długów. Historia potwierdza, że statystycznie takie przypadki przeważają, jeśli chodzi o laureatów lotka. A jest to spowodowane brakiem odpowiedniego doświadczenia w manipulowaniu pieniądzem. Wprawy i hamulców, które zostały wpojone drugiemu milionerowi przez lata wzlotów i upadków. Fakt, że 'pracusiowi' było trudniej w życiu sprawia, że wyszedł na swoje.

Następny obraz zaczerpnięty zostanie z podwórka sztuk walk. Skoro już opowiadam tak o moim troca de corda, muszę zarzucić słowem wstępu - ta ceremonia w naszej grupie odbywa się raz do roku. I wcale nie jest pewne, że dostanie się kolejny stopień. Toteż często zdarza się, że ktoś święcie przekonany o tym, na bazie swojego 'widzimisię', że dostanie awans, rozczarowuje się w trakcie ceremonii, co z kolei owocuje odejściem takiego delikwenta od grupy, albo co gorsza, pożegnaniem jakiejkolwiek aktywności ruchowej. Pytanie tylko, czy stopień, który otrzymujemy na zawołanie, taki który jest pewny na 100% za każdym razem, rok rocznie, budziłby tak potężne emocje? Czy ekscytowalibyśmy się nim? Nie sądzę. Jednocześnie klaruje się pewna zależność. W świecie sztuk walk liczy się ciężka, wytrwała praca. Pojawiają się talenty, ludzie, którzy łapią coś szybciej niż inni, są też anty-talenty, które z kolei uczą się ruchu dwa, trzy, siedem razy wolniej. Jednak prędzej czy później każdy, kto pracuje sumiennie, będzie lepszy, dotrze do pewnego określonego poziomu zaawansowania (który w tym wypadku oznaczony jest sznurem, pasem, belką). Pas jest wyznacznikiem poziomu jaki osiągnęliśmy w zdobywaniu umiejętności, które daje nam dana dyscyplina. Mogą to być osiągnięcia sportowe, albo własne, moralne. Jednak zawsze jest to pewna znacząca ewolucja. Nauka sztuk walk utwardza nasz charakter. To świat, w którym otaczają Cię niesamowici ludzie, jesteś częścią wielkiej rodziny, ale w chwilach kluczowych, sprawdzianu, musisz liczyć na siebie. Każda walka, gra, sparing, to pojedynek przede wszystkim z samym sobą. Nie podasz piłki do kolegi z boiska, więc musisz się utwardzać. A to, co nosisz przy pasie, jest jedynie znakiem dla innych, że Z PEWNOŚCIĄ dotarłeś już do tego poziomu. Tak więc, jeśli nie ma takiej pewności, to po co nakładać na ciebie ciężar, którego mógłbyś / mogłabyś nie udźwignąć? Podsumowując, w tym przykładzie chcę pokazać, że droga przebyta do pewnego stopnia, cały proces treningu, rozwoju - podróż bez końca - jest sama w sobie nagrodą i to świadectwem naszego rozwoju. To po to trenujemy. By się rozwijać. I dlatego istnieje potężna różnica między umiejętnościami, A NAWET charakterem osoby, która posiada czarny pas, bo na niego zapracowała przez dziesiątki lat ciężkich treningów, a takiej, co dostała go np. z jakiejś śmiesznej para-federacji po roku doprowadzania się do inwalidztwa.

Przypomnij sobie o tym następnym razem, gdy uznasz, że dziś nie warto iść na trening. To właśnie wtedy odmawiasz sobie "awansu".


"To kwestia czasu by być niepokonanym, jak ciągle ćwiczysz tak to to się stanie"~Ńemy

W całej tej swojej wstępnej paplaninie wspomniałem o przykładach życiowych, a co jest bardziej życiowe, niż przypadki relacji damsko-męskich. Głośno w świecie o tym,że kobiety lecą na to, co nie jest dla nich dostępne. Lubią być zdobywane, jednak nie chcą dostawać nic na tacy. Lubią stabilizację, ale szukają ekscytacji. Sami widzicie jak to brzmi - totalny chaos. Toteż skupię się na poglądzie męskim, który jest mi dużo lepiej znany. A jest on następujący: lubimy wyzwania. Jakiekolwiek prostackie podejście mieliby faceci na tym globie, w 'tańcu godowym samców' (Fokus), przykładowo, na alkoholowych libacjach, gdy hormony buzują i nie mieszczą się na sali, to w naszych oczach większą wartość zawsze będzie miała osoba, kobieta, która zaskakuje. Którą ciągle odkrywamy, która ma swoje 'odchyły' od przeciętności. To zależność stała jak świat. Bowiem wygląd buduje tylko i wyłącznie pierwsze wrażenie. A i nie jest on wyznacznikiem wartości. Tylko ozdobnikiem. Bardziej obrazowo? Jeśli jesteś mężczyzną i czytasz ten tekst, to przemyśl, czy każda kobieta, z którą chciałeś się przespać, nadawałaby się na żonę...? ;)

 (( Podróż jest celem sama w sobie ))

Pierwszą część postu warto skończyć jakimś sensownym wnioskiem, albo chociaż radą. Tak więc, moja brzmi: myślcie. Czy to, że dostaniecie stopień, jest jedynym powodem dla którego trenujecie? Czy może chodzi o umiejętności, ludzi, doświadczenia, własną przemianę i podróż, dążenie do ideału? A jeśli wybraliście opcję B, to czy warto z tego wszystkiego rezygnować, bo ktoś ocenił nas inaczej, niż my sami ? Albo szerzej - czy, gdy dążymy do pewnego celu, aby na pewno chcemy go osiągnąć? Warto myśleć nad tym, czy ekscytuje nas podróż, czy jej kres. Myśleć o tym, co będzie, gdy osiągniemy już wyznaczony pułap. Czy pościg za nim nie przynosi nam szczęścia sam w sobie. Choćby po to, by na końcu się nie rozczarować.



==================Bonus 1 - Relacja z Batizado e Troca de Corda==================


W weekend 15-17.05.2015 odbyła się druga w historii grupy Orun Capoeira uroczystość nadania i wymiany stopni, tj. Batizado e Troca de Corda. Piątkowe warsztaty przeprowadził Mestre Para, Capoeirista z potężnym dorobkiem zasług oraz posiadacz czarnego pasa BJJ. Uczył nas eliminowania błędów biomechanicznych w figurach Capoeira. Tak by ekonomicznie dysponować energią oraz ograniczyć wyniszczanie organizmu (stawów, mięśni, wiązadeł) przy różnego rodzaju ruchach powtarzanych w Capoeira. Przedstawił nam też kilka innowacyjnych form stosowania zmyłek i przejść w jogo de Capoeira do rytmu benguela. Osobiście myślę, że zajęcia były przemyślane od pierwszej minuty. Wyniosłem z nich bardzo dużo.


Następny dzień, tj. sobota, podzielony był na dwa bloki - treningowy, poranny, podczas którego kolejni zaproszeni nauczyciele przedstawiali nam swoje interpretacje Capoeira i rozwijali nasze horyzonty (każdy na swój oryginalny sposób); oraz blok popołudniowy, podczas którego odbyła się właściwa ceremonia. Wg. tradycji stopnie nadawane były od najniższych, do najwyższych. Najpierw dziecięce, następnie dorosłe.
Warto nadmienić, że prócz klasycznych stopni uczniowskich (alunos / alunos advancado) nadane zostały corda (sznury) dla monitores oraz graduados (a taki awans to nie lada wyczyn :P).

W niedzielę rano (po części nieoficjalnej, tj. festa w klubie Przybij Piątaka we Wrocławiu - gorąco polecam tą miejscówkę, zwłaszcza gdy grają Wombat Sound) na wrocławskim rynku odbyła się uliczna roda (roda de rua) oraz oficjalne zakończenie uroczystości i podziękowanie gościom. Następny cel - obóz!


AXE ORUNNNNNNN!!!!!

==================Bonus 2==================

W relacji wspomniałem, że podczas ceremonii zostały nadane stopnie wyższej wagi, zaawansowane - monitores i graduados. W związku z tym, chciałbym się pochwalić, że od tego dnia nie jestem aluno, tylko Monitor Pavao. :)

Świat sztuk walk jest piękny i niezmierzony, a fakt, że przez całe życie będę mógł go odkrywać i nigdy nie dojdę do "końca" tej zabawy zawsze mocno poprawia mi humor!










czwartek, 30 kwietnia 2015

Kiedyś było lepiej? O doznaniach.


 Śniłem, że stwórca dał mi siłę
choć niewidoczną jak kraina cieni,
i pogodziłem się ze wszystkim, 
czego nie jestem w stanie zmienić.

Prosiłem, wlej we mnie tej
odwagi, o mój Panie
bym zmienił wszystko to, 
co zmienić jestem w stanie!

Zastanawiam się, czy jest jakaś uniwersalna zasada, która mówi, że im człowiek bardziej świadomy, tym smutniejszy. Może im bardziej doświadczony, tym mu gorzej? Dążę do tego, iż w życiu zachodzi pewien zauważalny paradoks, tj. na początku dążymy do poznania, doświadczenia. Czy to trenując, czy po prostu zmieniając coś w swoim życiu (np. przeprowadzka na studia świetnie tu pasuje).

Osobiście, w swoim życiu punktuję dwa przełomowe momenty, w których byłem uniwersalnie, niewinnie szczęśliwy. Są to małe przełomy w moim życiu. Pierwszy to ten okres przedszkolny, zerówkowy. Pierwsze wyjścia na dwór, poznawanie pierwszych kolegów, a w konsekwencji latanie dwudziestoosobową bandą gałganów po 'Błękitnym' z pukawkami, śliwkami i co my tam jeszcze mieliśmy. Drugi taki okres, to chyba właśnie początek studiów. Nie dlatego, że wreszcie nie musiałem się rozliczać z tego gdzie i kiedy wychodzę (choć pierwsze pół roku strasznie walczyłem z odruchem krzyczenia przed wyjściem, dokąd się udaję), albo dlatego, że mogłem jeść co mi się żywnie podoba (bo wiadomo, że na studiach i tak się w końcu za domowym obiadem zatęskni). W obu tych kluczowych momentach chodziło o stawanie przed czymś nieznanym.



Skupiając się na tym okresie studenckim. Nagle - po sześciu latach podstawówki, trzech latach gimnazjum i trzech latach liceum ( w sumie non stop w tym samym środowisku miasta rodzinnego, stopniowo tylko trochę poszerzanym przez różnego rodzaju imprezy ) otworzył się przede mną nowy, piękny świat, który przez zimne ściany "prądzyńskiego rejonu" dawał jednak szczęście, tj. swobodę i możliwość poznawania. Pierwszy semestr studiów to moment, w którym miałem około 500 osób na roku i każda z nich była w opór intensywnie nastawiona na poznawanie, integrowanie się. To był mój mały raj doświadczania. Przez okres pierwszego semestru przeżyłem dużo więcej zajebistych przygód, niż przez 3 lata liceum, albo 2,5 następnych lat studiów. Dlatego, że każdy dzień był inny, wiązał się z innymi, nowo poznanymi osobami i przesytem doznań. Takie życie chciałbym prowadzić. Rozmaite. Nawet jeśli miałby być materialnie biedne.

Dziś, gdy w playliście 'ulubionych' na youtube dochodzę do kawałków, które właśnie wtedy słuchałem, lub którymi mimowolnie budził mnie ówczesny gospodarz zza ściany, mimo wszystko wybucha we mnie ogromna nostalgia, żal i sentyment. Bo boję się, że takiej intensywności doznań już w swoim życiu nie doświadczę. Następnym wielkim krokiem w moim życiu będzie prawdopodobnie znalezienie pracy (albo rozwinięcie machiny sztuk walk do takiego poziomu, że staną się moją pracą) i ... Brr! Stabilizacja.

Ja i pewnie spora część czytelników tego bloga, jest akurat w tej grupie społecznej, która potrafi od stabilizacji skutecznie uciekać do swojego świata. Mamy zawody, warsztaty, seminaria, obozy, treningi, siłownię i wiele wiele innych utopii, do których uciekamy, by zapomnieć o codziennych obowiązkach. To znaczące pocieszenie, gdy codzienność wydaje się być szara i pozbawiona 'spontanów'.


A skoro już jesteśmy przy sztukach i sportach walki - to właśnie kolejne dawki ekscytacji sprawiają, że my, zawodnicy, wojownicy, tak ochoczo chcemy się rozwijać. Bowiem nie da się "nauczyć" sztuki walki. Nie da się opanować czegoś do perfekcji. Zawsze znajdzie się ktoś lepszy, zawsze znajdzie się umiejętność, której nie opanowaliśmy jeszcze na poziomie mistrzowskim. A nawet jeśli jesteśmy w czymś dobrzy, to zawsze możemy to jeszcze ulepszyć. Wojownicy to artyści, którzy rzeźbią dzieło swoich umiejętności i ciągle dodają do niego jakiś szczególik, tu coś poprawią, tam upiłują, dążąc nieustannie do nieosiągalnej perfekcji.

Innym pozytywnym aspektem takiego sposobu ucieczki jest możliwość zasymulowania sobie chociaż 'namiastki' spontanicznego życia, o którym wspomniałem w akapicie dotyczącym pierwszego roku studiów. Chodzi o ludzi. Mam ksywę Paw, bo Brazylijczyk, który wymyślał mi 'apelido' prawdopodobnie nie umiał wymówić mojego imienia i je przekręcił. Ale sam dopisałem sobie do niego pewne znaczenie. Otóż, zawsze gdy jakaś nowa laska pojawiała się na sali, w ramach rozgrzewki przed rozgrzewką (nierozsądnie oczywiście) wyprowadzałem sekwencje moich najbardziej szpanerskich, lanserskich i popisowych sztuczek, co by tylko zwrócić na siebie uwagę. Tak tak, wiem, #samiec - ale zaznaczam tylko, że jest to kolejny piękny aspekt sztuk walk, możliwość ciągłego poznawania ludzi.



Z tego miejsca chciałbym pozdrowić całą moją wesołą paczkę z pierwszego semestru / roku studiów. Ludzi, którzy teraz porozchodzili się po pracach, AWFach, innych ekipach, albo ciągle są ze mną w kontakcie ( np. dlatego, że mimo wspólnego wydziału, poznaliśmy się na macie Punchera, obijając se wzajemnie ryje i uda :D ), bo w gruncie rzeczy, prócz mojej rodziny Capoeira, byliście drugą 'drużyną', w której naprawdę byłem szczęśliwy.

A osobom, które trenują, pracują nad sobą, zostawiam tutaj jedną, ważną radę. Nawet jeśli macie czarne pasy, na których jest więcej belek, niż w drabinie, nigdy nie rezygnujcie z dalszego poszukiwania. Nie uznawajcie się za mistrzów ostatecznych, albowiem wtedy bardzo możliwe, że stracicie miłość do sztuki, którą uprawiacie. Zadufanie w sobie jest złe w sztukach walki. Jest chorobą. Ponieważ, jeśli znamy coś zbyt dobrze, nie zaskakuje nas, nie ekscytuje, to po prostu nam się nudzi.

Ja sam, z jednej strony cieszę się, że nabrałem biegłości w niektórych aspektach życia, które ciągną się za mną, tj. w walce z systemem edukacji, w sztukach i sportach walki które wciąż pielęgnuję (przede wszystkim w mojej najważniejszej Capoeira), w formach zarabiania pieniędzy. Bo mam już trochę pracy 'za sobą'. Ale z drugiej strony, brakuje mi tej niewinnej nieświadomości, zaskoczeń i momentów rozszerzania oczu do wielkości pięciozłotówek ze zdziwienia. Nie chcę wyjść na hipokrytę, bo to nie jest tak, że widziałem już wszystko. Ale coraz ciężej w życiu znaleźć mi 'nowości', za którymi tak przepadam.

Na rozchodne, życzę Wam, Czytelnicy, by takie poszukiwanie w Waszym wykonaniu dawało zawsze zadowalające owoce. 

piątek, 20 marca 2015

Jest filmik!

Hej. Chciałem wam zaprezentować nagranie, które skleiłem wieczorem z nudów. Jest to zlepek akcji z zawodów, zarówno w jogo de Capoeira, jak i w MMA. Taka mała kompilacja z nagrań, które pozbierałem, gdy ktoś nagrywał akurat to co robię komórką, pralką, śrubokrętem czy też kamieniem. Prawdziwy showreel, z fajnymi trickami, inscenizowaną rzeźnią i wybuchami w tle będzie, jak się wreszcie do niego wezmę. A póki co miłego oglądania. :)


niedziela, 15 marca 2015

Coś robić!


Cześć. Dzisiejszy wpis wypadałoby zacząć od słów Janusza Korwina - Mikke "Życie nie jest po to, żeby je przeżyć". Na blogu już raz poruszyłem kwestię "najcenniejszej waluty" (kto nie czytał, odsyłam do archiwum!). To może być tak jakby kontynuacja tamtego wpisu. Więc przejdźmy do rzeczy:

Ukierunkowanie swojego codziennego egzystowania w stronę osiągnięcia celu jest niesamowitą terapią dla naszej psychiki. Dlaczego? Ponieważ od maleńkości wpaja się nam, że żeby żyć dobrze, trzeba najpierw zapewnić sobie stabilny grunt. Niestety ludzka mentalność działa tak, że gdy ma się dużo, chce się jeszcze więcej i jeśli goni się w ten sposób za własną ambicją, to spoko; ale większość z nas popędzi za materialnościami, zapominając totalnie o tym, że może lepiej byłoby zrealizować prawdziwe marzenie. Przeżyć coś!

Nutkę Bajmu wrzuciłem na początek celowo. Nie mam zielonego pojęcia ilu z Was, drodzy czytelnicy, jest z rocznika '93 bądź pobliskich, ale wierzę, że w tych, którzy urodzili się mniej więcej w tym okresie, powyższy kawałek mp3 wzbudzi te same emocje co we mnie. Otóż ja poczułem pewnego rodzaju żal. Ciężko mi sprecyzować o co. Może chodzi o fakt, że świat nie jest już taki beztroski i niewinny w moim postrzeganiu, jak był w tym 2001 roku. Albo tęskno mi za ekscytacją, która wtedy towarzyszyła każdemu nowemu doświadczeniu. Człowiek był młody, więc i bombardowany przez coraz to nowsze doznania. Bardziej i mniej przyjemne, ale mimo wszystko, świeże. 



Wspominam o doznaniach tego typu, bo wierzę, że w przyszłości ja - i każdy jeden z was - możemy się przyłapać na tym, że z sentymentem wspominamy czasy, które dzieją się TERAZ. Bo złapie nas umowa o prace, stały etat, walka o przetrwanie, utrzymanie rodziny, dostarczenie warunków dzieciom do... Właśnie, do powielenia tego stabilnego schematu. A jakkolwiek egoistycznie by to nie zabrzmiało, to, czy w życiu chodzi tylko o to by służyć drugiej osobie? 

Cel, kierunek, który obieramy, w każdym okresie życia nadaje naszej codzienności pewien wyższy sens. Wykonujemy swoje obowiązki, uczymy się, pracujemy, ale w tyle głowy ciągle snujemy plan realizacji tego CZEGOŚ. Nieustannie staramy się wprowadzić nasz plan w życie. I to właśnie rzucanie sobie samemu wyzwań sprawia, że czujemy się żywi, czujemy się szczęśliwi.

Dlatego zachęcam was wszystkich, jeśli macie marzenia, realizujcie je. Jeśli macie pasje, nie rezygnujcie z nich, gdy będzie trochę ciężej. Żyjcie takim życiem, które potem będzie się wspominało z przyjemnością, a nie żalem. 





-----------------------------------------------  Bonus -----------------------------------------------

Musicie mi wybaczyć ten spam youtubowy, ale jest w necie mnóstwo materiału, który mógłby oddać ten głód doświadczania, który mną przewodzi, gdy piszę ten post. A, że idą wybory, wypadałoby zrobić coś dla ojczyzny, więc tutaj serwuję wam promo partii KORWIN. I chyba nie chodzi mi nawet o to, by promować ich politykę. Po prostu uważam, że materiał jest genialny, potrafi przekazać odpowiednie emocje i dać nadzieję na to, że życie, zwłaszcza w tym kraju, nie musi być wiecznie tak szare jak jest dotychczas. 


No bo coś musimy robić! ... :)


P.S.


Zrobiłem papiery instruktora rekreacji ruchowej o specjalizacji samoobrona. Mam piękną legitymację, dokumenty po polsku i angielsku oraz grupowe ubezpieczenie dla podopiecznych na rok. Także ten - duma! A i jakby ktoś chciał ze mną potrenować we Wrocku, to zapraszam do kontaktu. Coś się zawsze wymyśli. Wyczaruje. ;D

wtorek, 3 marca 2015

Prowadź, a nie terroryzuj.


Hej. Nie wiem jak wielu czytelników ma swoje własne sekcje, kluby, co tam jeszcze; ale po pewnej dość twórczej rozmowie na Capoeirowym zimowisku, chciałbym podzielić się moimi przemyśleniami (wspartymi pewną wiedzą wyuczoną) dotyczącymi podejścia do podopiecznych. Zaznaczam, że nie jestem trenerem olimpijskim, a wszystkie wnioski jakie wyciągnąłem, są bazowane na doświadczeniu w pracy z ludźmi oraz na nauce teorii.

W psychologii sportowej osoby uprawiające sporty i sztuki walki dzieli się na dwie klasy. Są to ludzie o orientacji PERSONALNEJ i o orientacji ZADANIOWEJ.

Jednostki o orientacji personalnej to Ci, o których zazwyczaj mówi się, że mają do danej dyscypliny dryg, talent. Przyswajają techniki szybko, pod względem postępów wyróżniają się na tle reszty grupy. W ich mentalności zakodowane jest, iż wszelkie postępy zależą od ich własnej predyspozycji i zdolności, co powoduje, że mają oni tendencje do częstego porównywania się z innymi.

"Personalni" zazwyczaj nie muszą wkładać tak wiele pracy w rozwój, jak jednostki o orientacji zadaniowej. Ci drudzy z kolei nastawieni są na rozwój stopniowy, krok po kroku. Skupiają się na osobistym postępie i bez porównywania się z innymi, skupiają się na własnej ciężkiej pracy i małych lub większych postępach. U tej grupy wyniki przychodzą nieco później. Nie znaczy to jednak, że są gorsi.

Gdy przed przykładowymi zawodnikami stawiane są zadania proste, otrzymujemy dość podobne wyniki zarówno u 'zadaniowców' jak i u 'persolnalnych', z lekką korzyścią dla drugich, ponieważ, z zasady, osiągnięcie takich wyników kosztuje ich mniejszy nakład pracy.

W przypadku zadania trudniejszego, które przewyższa kompetencje i umiejętności naszego zawodnika przykładowego, osoby z orientacją personalną ewidentnie ustępują pola zadaniowcom, ponieważ gubią się z góry zakładając, że wyzwanie ich przerasta.

 (You can't be full of shit if You do BJJ. -Joe Rogan)

By lepiej zobrazować, o co mi chodzi, posłużę się przykładem ze świata BJJ, zapożyczonym z grapplerinfo.pl:

"Weźmy zatem dwóch posiadaczy niebieskich pasów o podobnych warunkach i umiejętnościach. Podczas swoich walk turniejowych, każdy z nich stosuje odpowiednią, zbliżoną taktykę, która skutkuje do pewnego momentu, tj. do napotkania naprawdę ciężkiego rywala. W tym momencie, gdy ich plan zawodzi, często dochodzi do sytuacji, gdy o zwycięstwie decyduje psychika. Osoba o orientacji personalnej najpewniej ulegnie z wyżej wymienionych powodów, tj. po próbach zastosowania wszystkich swoich zagrań zacznie zbaczać z kursu lub zupełnie się pogubi. Niebieski pas zadaniowy, natomiast, będzie dalej napierał, forsując swoją taktykę do skutku, niezależnie od wyniku, co mimo wszystko często przekłada się na wygraną."

Należy pamiętać, że bardzo niewielu ludzi jest skrajnie "zadaniowcami" lub tymi o orientacji "personalnej". Jednak wierzę, że każdy wyniesie jakąś drobną naukę z tej noty.

(Aula de Capoeira)

Teraz - wracając na swoje, Capoeirowe podwórko - przez kilka lat mojej kariery, miałem mniejszą lub większą przyjemność pracować z wieloma trenerami ( i trenerkami ). Ludzie ci zazwyczaj stosowali swoje sprawdzone schematy nauczania względem całej grupy, konsekwentnie osiągając założenia treningowe w ... Jakimś tam stopniu. Nie będę się kłócił. Każdy szkoleniowiec ma swoją taktykę i z niej korzysta. Jednak warto zauważyć, że grupa to nie tylko podmiot zbiorowy, ale i zbiór indywiduów. Jedni są mniej charakterystyczni, inni bardziej.

W ludziach, którzy przychodzą na salę mieszają się cechy. Niektórzy mają talent i skromność; inni są mniej utalentowani, ale pracowici; jeszcze inni będą przyswajać wiedzę z łatwością, ale i "wozić" się z tym.


Najdurniejszym z możliwych podejść jest tych "cwaniaków" bez ustanku temperować (bo skoro są zawzięci, to i tak zostaną), a słabszych non stop głaskać po główce (bo inaczej się zniechęcą). Dlaczego? Bo zadziała to troszkę jak sitko, które odcedzi w grupie tylko tych naprawdę najsłabszych i najtwardszych. A cała reszta odpadnie, bo albo wku*wią się, że przez trzy lata nic nie zrobili dobrze (wg. trenera), albo mimo ciągłych pochwał, uznają, że nie robią żadnych postępów.

Do każdej osoby w grupie należy podejść indywidualnie i dążyć do tego, by jej wartość, jako jednostki trenującej, była duża (spore umiejętności, wiedza, samoocena), ale i troszczyć się o to, by zachowała skromność. Znajdą się osoby słabsze, na które działa głaskanie po główce; ale i znajdą się takie, które mimo tego, że idzie im gorzej, będą potrzebowały bardziej wywarcia presji niż wspomnianego głaskania - bo mają potencjał, tylko przez jakieś swoje urojenia go nie wykorzystują.

Podobnie będzie z tymi, którym umiejętności i wiedza wchodzą nieco szybciej. Jeśli taki zawodnik się "wozi", obnosi z wyższością nad resztą, to istnieje prawdopodobieństwo, że robi to z jakiegoś kompleksu. I wtedy lepiej byłoby znaleźć ten kompleks i go wyleczyć, niż na siłę gasić taką osobę i utwierdzać w tym co w nim siedzi.







wtorek, 24 lutego 2015

Seminarium z Pawiem - relacja!



No i się udało. 22 lutego odbyło się pierwsze seminarium z samoobrony prowadzone przeze mnie - Pawia. Frekwencja, jak na początek, moim zdaniem całkiem niezła, choć klasycznie kilka osób wykruszyło się dosłownie godziny przed rozpoczęciem zajęć.



Rozpoczęliśmy od nauki i szlifowania pozycji walki, tj. utrzymywanie równowagi, poprawne rozkładanie ciężaru na nogach, układ rąk, itp. Ku mojemu zdziwieniu poszło dość sprawnie i grupa, choć początkująca, szybko załapała o co chodzi. Następnie przeszliśmy do poruszania się w walce, zadawania ciosów oraz operowania dystansem, pół-dystansem i klinczem i gdy grupa zrozumiała mniej więcej "o co chodzi", zadałem im kilka ćwiczeń zadaniowych, które miały na celu nauczyć moich podopiecznych, jak wygląda stosowanie technik, zadawanie ciosów, punktowanie, gdy przeciwnik stawia opór, nie podkłada się bezmyślnie.




Po przerwie, z klinczu, płynnie przeszliśmy do elementów parterowych. Zacząłem od wciągania do gardy - nie po to, by ktoś próbował wciągać do gardy na ulicy, tylko by zrozumieli, czym jest garda i jak się zachować, gdy już jesteśmy z dołu. Wyjaśniłem zastosowanie tej pozycji w walce i pokazałem toczenia, które gwarantują przejście z gardy do dosiadu, czyli pozycji dużo korzystniejszej. Druga godzina treningu również skwitowana została lekkimi 'sparami' zadaniowymi.



Na sam koniec dorzuciłem zestaw ćwiczeń siłowych, który niejednemu pewnie przypomniał, że istnieją mięśnie, o których ten nie miał pojęcia. Ale jak są zakwasy, to znaczy, że się rośnie. Czyli nie narzekam. : DD



Następne seminarium planujemy WSTĘPNIE na 13 marca. Czas zacząć przygotowania.


Link do otwartego wydarzenia na facebook:
https://www.facebook.com/events/1546510218960621/?fref=ts

środa, 18 lutego 2015

Seminarium z samoobrony dla początkujących.




Cześć! 22 lutego bieżącego roku na Worcella 20-26 we Wrocławiu odbędzie się seminarium z szeroko rozumianej samoobrony dla początkujących, prowadzone przeze mnie (tj. przez Pawia! Czujecie to? Ptaszysk prowadzi zajęcia... :D). Jest to pierwszy taki "event", rozpoczynający cykl seminariów mających na celu zwiększanie świadomości społecznej (głównie w środowisku akademickim) co do możliwości obrony przed niebezpieczeństwami, które czyhają na nas codziennie (a może, co wieczór? Co noc? :P).

Zajęcia trwają dwie godziny i kosztują 15zł od osoby. Czyli po studencku. Całe wydarzenie dzieli się na dwie części - stójkową i grapplingową. W planie stójkowym mam zamiar przedstawić poprawną pozycję walki, nauczyć wyprowadzania ciosów prostych oraz obyć grupę z pojęciem dystansu i półdystansu.

Część grapplingowa natomiast dotyczyła będzie toczeń i dążenia do pozycji korzystnych dla nas, tj. takich, z których możemy zmusić przeciwnika do zaprzestania agresji.


Prócz suchej techniki w menu są też liczne ćwiczenia zadaniowe oraz wytrzymałościowe. Atrakcji nie zabraknie.

Zapraszam serdecznie.

Po więcej detali odsyłam na stronę facebookową wydarzenia:
https://www.facebook.com/events/866734200055813/?fref=ts



poniedziałek, 16 lutego 2015

Seminarium z Bagim i Irokezem

(Berserkers Team!)

Dnia 14 i 15 lutego 2015 roku we Wrocławiu odbyło się seminarium przeprowadzone przez Piotra Bagińskiego - założyciela Berserkers Team oraz Macieja 'Irokeza' Jewtuszko znanego większości z występów na galach KSW.


Seminarium podzielone było na cztery bloki. Dwa poranne i dwa wieczorne. Rano dzieliliśmy się na grupy - BJJ GI (prowadzoną przez Bagiego) i MMA (Irokez); szlifowaliśmy swoją technikę pod okiem mistrzów, a pod koniec zajęć przechodziliśmy do sparów. 


W zajęciach wieczornych uczestniczyliśmy już wszyscy razem. Były to treningi submission fighting (NO GI), również kończone sparami. Dodatkowym urozmaiceniem seminarium okazała się różnorodność zawodników, którzy postanowili nas odwiedzić. Potężne zróżnicowanie zarówno stylów, jak i poziomu zaawansowania między uczestnikami sprawiło, iż każdy wyniósł z zajęć mnóstwo doświadczenia, które zapewne owocować będzie w przyszłych startach.

(Run Forrest, RUUUUUN!)

Bonusem dla zawodników Berserkers Team Wrocław było pasowanie, które odbyło się drugiego dnia seminarium. Wzbogaciliśmy się o nowe belki na pasach i eleganckie ślady na plecach. 

Całe to wydarzenie uświadomiło mi tylko, jak wiele pracy trzeba włożyć w to, by stać się mistrzem jednej płaszczyzny walki (a przecież konfrontacja wręcz, to nie tylko parter...) i jak niesamowicie cierpliwym oraz upartym w dążeniu do celu trzeba być, by osiągnąć coś w świecie sztuk walk. No cóż - ale kocham ten świat i nigdzie się z niego nie wybieram.

Oby do następnego seminarium... :)

środa, 4 lutego 2015

Legalize MMA!

(To continue to win, You must continue to grow)

Siema. Przeglądając sobie jeden z zajebistszych fightingowych portali, z jakimi mam na co dzień styczność, tj. fighttube.pl (tak, tak, lokowanie produktu :D) trafiłem na następującą grafikę:





No i mnie zabolało. Sztuki walki, docelowo, pierwotnie, były projektowane dla osiągnięcia maksymalnej skuteczności w... Walce wręcz (rozgarnięci wiedzą, że walka wręcz to nie tylko na gołe pięści, ale np. przy pomocy broni krótkiej. Cóż, tu zależy od specyfikacji metody. W końcu sztuka walki mieczem to też SZTUKA WALKI!). Dopiero wraz z ewolucją szkół stawały się stylami, zestawieniami metod treningowych i filozofiami. Na powyższym obrazku autor krytykuje MMA ze względu na brutalność i bezwzględność pojedynku, a nobilituje "tradycyjną" sztukę walki (przykład Karate) za zestaw zasad zachowania.

Wszystko fajnie, tylko czy prawdziwa walka, sytuacja realnego zagrożenia nie jest właśnie brutalną młucką w której należy  wyeliminować przeciwnika, albo przynajmniej unieszkodliwić go, by nie stanowił dalej zagrożenia? 

(Pierwsze UFC, z czasów, gdy nie było jeszcze zawodników MMA walczących przekrojowo. Każdy miał swój "styl". To dopiero rzeźnia.)

Sam bardzo szanuję szkoły tradycyjne, ponieważ większość z nich (te dobre szkoły) rozwijają wojownika w dużo szerszym zakresie niż sama walka sportowa i maksymalny sukces w najkrótszym okresie czasu. Oferują one do elementarnej nauki walki wręcz, zestaw pobocznych umiejętności (władanie bronią i jazda konno w NINJITSU; praca zespołowa w Capoeira; mistrzowskie opanowanie balansu w Drunken Boxing Kung Fu). I choć w kwestii wolnej walki twardo stąpam śladami Mistrza Bruce Lee i wyznaję brak stylów, tak jeśli chodzi o metody treningowe i część 'poboczną'  /  'filozoficzną', uwielbiam uczestniczyć w treningach bardziej egzotycznych.

Z biegiem czasu zauważyłem jednak dość przykrą zależność, która, zapewne wbrew intencjom autora obrazka, objawiła się wraz z jego publikacją szerszemu gronu odbiorców. I tu przytoczę nagranie Ryszarda Murata, twórcy stylu Karate Tsunami, o którym opinia w internecie jest kontrowersyjna. Nie będę wyrażał jednak swojego zdania na temat w/w stylu bo nie jest to post nastawiony na hejt, a i ja nie mam czasu tułać się po sądach. 


Zależność o której wspomniałem objawia się w sytuacjach, w których należy sprawdzić swoje umiejętności. Albowiem, jeśli trenujemy sztukę walki, to powinniśmy przynajmniej trochę lepiej od przeciętnego chłopca z ulicy potrafić się najzwyczajniej bić. Natomiast gdy trening nie przygotowuje nas w żaden sposób do takiej sytuacji, to wtedy zaczyna się zasłanianie zasadami, filozofią i atakowanie MMA, które jest zajebistą formą konfrontowania swoich umiejętności i daje wolną rękę każdemu wojownikowi. 

Podczas gdy treningi MMA są nastawione na walkę sportową z minimum zasad, to samo z jiu jitsu, zapasami i innymi SPORTAMI WALKI, tak style (ech, nadużywam tego znienawidznego słowa) szeroko rozumiane jako tradycyjne zawierają w ogóle swojego programu treningowego zaledwie pewien odsetek nastawiony stricte na walkę bez zasad.

Karate, Taekwondo, Sanda nastawione są na walkę w swoich formułach znacznie bardziej ograniczonych, niż MMA, a przy tym na zajęciach uczy się kata, technik specjalnych, technik medytacyjnych, całej serii rzeczy które laik nazwałby niepotrzebnymi pierdółkami, ale które w gruncie rzeczy tworzą wojownika znacznie bardziej świadomego swojego ciała, choć nie zawsze odnajdującego się w ringu MMA tak dobrze, jak rodowity zawodnik MMA. 

Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś promuje swój STYL (; /!) jako niesamowicie skuteczną metodę walki.
Akurat trzymam w ręce ulotkę "Jiu Jitsu Goshin Ryu". Przeplatają się tam takie szlagiery jak "skuteczna samoobrona, zamień swoje ciało w broń," itp. Jak ma się to z rzeczywistością? Obrony przed nożem na pierwszych zajęciach, wykręcanie nadgarstków i zero obicia. Gdy pytam o zawody, trener (akurat sekcji Dzierżoniów) mówi mi, że jedyna forma rywalizacji to kata. A większość adeptów totalnie nie jest obyta z oporującym przeciwnikiem. To jest według mnie nieuczciwe. Samoobrona to poważna sprawa i powinno się do niej podchodzić z pełnym zrozumieniem. A nie z nastawieniem na jak największy zarobek. A obrazki takie jak ten z nagłówka, to najzwyklejszy przejaw STRACHU przed konfrontacją. Jednak należy pamiętać, że każdy się boi, jednak dobry wojownik potrafi nad tym strachem zapanować.

Slogan LEGALIZE MMA jest, niestety, wciąż jak najbardziej aktualny, bo nieświadomi (czyli większość) stawia między tą dyscypliną, a nielegalnymi solówkami w prawdziwych klatkach znak równości. A prawda jest taka, że historia sztuk walki zatoczyła po prostu koło, z tym, że dziś "wszechstyl" jest dużo bardziej cywilizowany. Bo mamy odpowiednie rękawice, często ochraniacze, opiekę medyczną. 

Ponadto dyscyplina MMA sprawdza się nie tylko jako sposób na rozwój dla sportowców nastawionych stricte na tą formułę, ale jest to też bramka do sprawdzenia się w niemal realnej walce 1v1 reprezentantów stylów tradycyjnych, którzy lubią rywalizację.

Jednym się to udaje:

Innym niestety nie:

i wtedy spamują, że MMA to brutalna cepianka, a prawdziwe sztuki walki są dużo grzeczniejsze, bo próbują paplaniną zadusić fakty, które niestety widać gołym okiem przy każdej próbie konfrontacji.








niedziela, 1 lutego 2015

Do trzech razy sztuka

(Do nieba nie chodzę, bo jest mi nie po drodze)

Cześć. Dziś będzie dość osobiście. Ale to dobrze, bo ja bardzo lubię pisać posty szczerze, gdy złapie mnie refleksja, a nie kiedy "muszę". No i od razu muszę się wytłumaczyć. NFZ w Polsce już dwa razy niemal mnie do ziemi wsadziło, mam nadzieję, że nie dam im trzeciej szansy, jednak w wyniku przygód zdrowotnych, które przeżywam, nachodzą mnie przemyślenia, które - jak mniemam - omijają niejednego zdrowego zawodnika, czy nawet spokojnego człowieka wiodącego swoje codzienne życie.

Gdzieś kiedyś w internecie natknąłem się na filmik motywacyjny z Alistair Overeem'em. Generalnie chodziło w nim o to, że by osiągnąć sukces, musimy go pożądać tak mocno, jak potrzebujemy oddychać, gdy się dusimy, toniemy (a pewnie niejeden\na z was się kiedyś podtopił na basenie ;)).



Wróćmy więc na podwórko sali treningowej. Wielu z was, drodzy czytelnicy, to ludzie, którzy nie zdają sobie sprawy ze swojego pełnego potencjału, możliwości. Przychodzicie na salę raz na jakiś czas i patrzycie się z podziwem na ludzi, którzy są tam codziennie, wmawiając sobie "to nie dla mnie; tamtego nie umiem; nie mam siły; 'uj wie czego". Dla was to naturalne. Ale gwarantuję, są na tym świecie ludzie, dla których niepojawienie się na treningu to po prostu wstyd. Pewna samodyscyplina szykanuje w tych jednostkach sumienie do tego stopnia, że gdy nie przyjdą na trening, mają do siebie żal.

Pomyślcie, co w głowie takiej osoby dzieje się, gdy nagle traci podstawę do czegokolwiek - zdrowie. Nagle świat wywraca się do góry nogami. Jeśli jest się w stanie pójść na trening, to jest się na nim cieniem samego siebie, daje się może 20-30% mimo chęci i zaparcia. Z przyczyn niezależnych. Przez chorobę.

(...)Ty jesteś jak zdrowie,
ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
kto Cię stracił.

Ciężko jest mi trafić tym postem do każdego czytelnika, ponieważ opiera się on na przykładach treningowych, z sali, ale - ludzie - jeśli jest coś co lubicie robić; jeśli jest wam względnie dobrze; macie tą podstawową swobodę działania, jaką daje zdrowie, to korzystajcie z niej. Bierzcie ze swoich pasji garściami i doceńcie okoliczności, w których jesteście.

(FunFact: Służba zdrowia w Polsce oceniana jest gorzej w rankingu opieki zdrowotnej, niż takie imperia jak Serbia, czy też Albania. Popek Monster Król Albanii byłby dumny.;)) 
(http://pulsmedycyny.pl/3990193,73424,polska-za-albania-w-rankingu-opieki-zdrowotnej)

---Od tego momentu będzie osobiście i ze sporą dozą użalania się, więc jeśli nie jesteś zainteresowany/a, po prostu kliknij "x" w zakładce tego bloga.

Ja osobiście, od pół roku, straciłem sporo źródeł "najcenniejszej waluty" (o której już kiedyś wspomniałem na tym blogu). Jestem w sytuacji, w której każdy trening to dla mnie strach, czy leki zadziałają, czy żołądek nie będzie dokuczał, czy będę miał chociaż połowę energii którą miałem na treningi będąc zdrowym. Stan, w którym wielu z was już jest "idę na trening - kurde, muszę odwalić ciężką robotę ;/" ja uznaję za pożądany. Moja walka trwa tam, gdzie walka zdrowego się zaczyna. Od zawsze wyznawałem zasadę, że jeśli trening się odbywa, to ja mam obowiązek na nim być, krytycznie patrząc się na osoby, które wpadały na zajęcia rekreacyjne, i to dlatego, żeby pomarudzić, albo pościgać się w wymianie wymówkami. Nagle okazuje się, że figuruję między nimi, bo moja frekwencja spada przez przypadek losowy - humor organizmu, którego nie potrafi naprawić żaden specjalista, mimo (teraż już około dwóch tysięcy) złotówek wydanych na leczenie, wizyty, itp.

Kiedyś na myśl o podróży, wyjeździe, czymkolwiek związanym ze spontanem i przygodą, byłem podekscytowany. To były źródła mojego szczęścia. Dziś martwię się, że będąc poza domem, znów coś mnie "złapie", a zamiast marzyć o tym, by "codziennie budzić się w innym miejscu na ziemi" martwię się, że gdybym spełnił to małe marzenie, mógłbym cierpieć. I to nie z niezaradności, tylko przez chorobę.

Jakkolwiek ostatnie dwa akapity źle by nie brzmiały. Już na początku zapowiadałem, że będzie to wpis osobisty. A cały ten blog w mniejszym lub większym stopniu traktuję jako swoje ujście różnych emocji, refleksji i podobnych, więc naturalnie, musiałem odreagować i w ten sposób. Dlaczego? Bo lepiej, by nikt tego nie przeczytał (albo przeczytały to osoby zainteresowane), niźli bym miał truć życie moimi marudzeniami ludziom w moim otoczeniu, Bogu ducha winnym.

fuck the whole universe