wtorek, 30 grudnia 2014

Waleczna Capoeira i interpretacja kopnięć



Cześć i czołem. Od dawna siedziało to gdzieś głęboko we mnie i nie wiedziałem gdzie się wyżyć. I pyk - znalazłem swoje miejsce. Chodzi mi o interpretację kopnięć z Capoeira / Taekwondo do walki MMA bądź potyczki na ulicy (oczywiście cała wypowiedź dotyczy walki 1v1 i wyklucza hipotetyczną możliwość, że ktoś wam piźnie kamieniem w czoło, więc to bardzo uczciwe zasady, jak na walkę "uliczną"). Bruce Lee mawiał, że kopnięcia i ciosy, to formy wyrażania samego siebie w walce. Nie ma stylów walki, a zarazem każda osoba ma własny, osobisty styl dopasowany do swojego ciała.

Niestety mamy ten parszywy XXI wiek i sztuki walki znane naszym przodkom i przodkom naszych przodków łagodnieją, stają się cywilizowane. Zataczamy jakby wielkie koło - zaczynaliśmy od walk na ulicy / stadionie greckim, bez ochraniaczy, rękawic i innych śmieci, przechodząc przez łagodne, nadbezpieczne sztuki walki no i dotarliśmy do MMA, które jest jawnym nawiązaniem do tych pierwszych, najbrutalniejszych walk. A w związku z modą na mieszane sztuki walki, nauczyciele 'tradycyjnych' też nagle zaczynają upierać się, że są skuteczni. Nie dziwota - nieskuteczna "sztuka walki" to okaleczanie się. Ale czy problem tkwi w tej "sztuce", czy też w formie jej nauczania?

Jeden z moich internetowych idoli, instruktor Karate Kyokushin Damian Laszuk podjął się niezwykle ciężkiego wyzwania. Uznał (i ma rację!), że z biegiem lat, Karate Kyokushin stawało się coraz łagodniejsze. Grabiono je z co brutalniejszych technik i ograniczono niemal całkowicie do formuły sportowej Knockdown, przez co uczniowie wykonując Kata nie rozumieją ich zastosowania (znów odwołuję się na Bruce Lee. Mistrz mawiał, że skoro mamy powtarzać technikę tysiąc razy, to lepiej robić to z partnerem i wiedzieć, do czego ona służy, niż 'tańczyć' w powietrze), a nawet zaawansowani Karatecy nie potrafią wykorzystać elementów grapplerskich, które w Karate są, tylko mało kto ich uczy - no bo po co, do Knockdown, np. rzuty?

( przykładowy, 1wszy odcinek z serii Sekrety Karate, w której Sensei Damian uświadamia ludzi, do czego Karate może służyć )

Ja, cierpiąc na straszny ból wywołany tym, że trole, janusze, a nawet niektórzy zawodnicy znający temat bombardują sztukę walki z której się wywodzę, Capoeirę, tym, że jest nieskuteczna, że to taniec, etcetera.
Powodów tego mogą być miliony, ale przyglądając się przykładowym:
-Capoeira to sztuka używania nóg i obaleń. Jest tak dziurawa jak współczesne Karate, Taekwondo czy Wushu, dlatego, że na przestrzeni lat utarła się pewna forma nauczania tego stylu, dostosowana do konwencji Capoeira, tj. gry roda. (Roda - nazwijmy to, taka forma 'sparingowa' Capoeiry, choć do kontaktowych sparingów, bójek dochodzi dość rzadko, zwłaszcza w Polsce). A jeśli uczy się tylko do jednej konwencji, to naturalnie, "narzędzi" do obrony na ulicy jest też mniej. Stąd bum na BJJ - nagle wszyscy mistrzowie sztuk walk odkryli, że gdy przewróci się ich na ziemię, gówno potrafią. he-he. Ale o tym kiedy indziej.
-Delikatne sprzeniewierzenie się założeniom Mestre Bimby - twórcy Capoeiry. To moja subiektywna opinia i nie chcę obrazić żadnego instruktora, mistrza, nikogo kto poświęcił temu życie, ale (!!)  Mestre Bimba prócz tego, że zalegalizował Capoeirę w Brazylii i wypromował ją jako sport, wygrał też cztery pojedynki z reprezentantami innych stylów (odsyłam do wiki w poszukiwaniu imion i nazwisk tych mistrzów), a samą Capoeirę postrzegał jako potężne narzędzie do samoobrony. Bo to sztuka walki narodzona w slumsach, w fawelach, gdzie mordobicie to jak mniemam codzienność. Dziś Capo uczona jest głównie w sekwencjach ruchu bez przeciwnika, lub z przeciwnikiem. I to pół biedy.
-Powiedziałem pół biedy, bo jeśli sekwencja uczona jest z przeciwnikiem, na podkręcanym tempie, lub w sytuacji nieinscenizowanej (gdzie mamy np. zadanie wykonać 2-3 ruchy, mające na celu obejście / obalenie / zadanie celnego kopnięcia) to nie jest najgorzej, ale buractwem jest, gdy do nauczania Capo bierze się półgłówek stojący w miejscu przez lata i wymyśla 10-15to elementowe sekwencje ruchów, które w rzeczywistości nie wprowadzają nic nowego do umysłu nowego Capoeiristy, a jedynie burzą mu światopogląd, no bo takich tasiemcowatych sekwencji to niejeden zaawansowany miałby problem spamiętać; a co dopiero gdy sala pełna jest nowicjuszy?
-Ostatnim problemem są też alunos, a może nawet całe grupy, które często przekładają estetykę ruchów nad skutecznością wyżej wymienionych. Prosty przykład - nauczamy wykonania meia lua compasso po wykonaniu siedemnastu zmyłek, ale nasz uczeń mimo tej wiedzy, wciąż, po 5 latach nauki nie umie kopnąć martelo "w miarę" porządnie (bo do perfekcji techniki mało kto dochodzi). A sam trening staje się miejscem schadzek towarzyskich, w których ćwiczenie i dążenie do doskonalenia swojej Capoeiry odstawiane jest na drugi plan.
Skoro już się wypłakałem na ten temat, skończę ten bolesny akapit wizualizacją, jak kończy się nieświadomy trening:

Ale skupmy się na kopnięciach. Jako skromny Aluno, który swoją Capoeirę od pierwszych dni na sali mieszał z innymi sztukami walki (chodząc na sparingi taekwondo, uprawiając pobocznie muay thai, w końcu: startując w mma i regularnie sparując w tej formule) odkryłem, że cała gama kopnięć z Capoeira, łącznie z tymi wydającymi się mało praktycznymi, może znaleźć swoje zastosowanie. Przykłady? Queixada i Meia Lua de Frente - kopnięcia długie, po półkolu, widoczne i niezbyt brutalne (uderzenie podbiciem stopy od boku, lub jej krawędzią, nigdy nie będzie tak mocne, jak strzał piszczelem ze skrętu bioder) w Capoeira używane są zazwyczaj, żeby ustawić przeciwnika. By ten wykonał unik, na który my liczymy, albo ustawił się w pozycji, do której dążymy, byśmy wtedy mogli go trafić czymś innym, albo przewrócić, podciąć, whatever you like to do...
(up. Queixada)
(up. Meia Lua de Frente)

Okazuje się, że powyższe kopnięcia w walce świetnie sprawdzają się jako zbijacze gardy, bądź (jeśli nie stosuje się ich zbyt często) zmyłki. Mówię o przypadku, gdzie wykonujemy kopnięcie skracając dystans, ale jest tak widoczne, że nasz biedny przeciwnik się odsuwa - no i podobnie, jak z Axe Kick w Karate i Taekwondo, i tu zbijamy jego ręce w  bok, lub w dół, odsłaniając skroń, zgryz, piękny uśmiech do naszego następnego kopnięcia.
A kontynuacja? To już nasza finezja. Z najprostszych, po queixada bardzo fajnie wchodzi roundhouse kick / martelo (z dojściem; z nogi która nie kopała queixada), a po meia lua frente, nie opierając nogi o ziemię, po lekkim doskoku (taekwondo style) na podporowej nodze, można skręcić się do martelo, które często trafia. Bo mało kto tak czaruje w walce. I tu kolejna ciekawostka - precyzyjne trafienie w zgryz skutkuje KO, no i w tym przypadku precyzja, celność jest dużo ważniejsza od siły, więc strzał nogą z 'dźwigni kolanowej' sprawdza się równie dobrze, co strzał piszczelem z prostej nogi w stylu Muay Thai.

( Brazol guy po krótce wyjaśnia, że spora część tych potańcówek to po prostu stójka )


Teraz pogadajmy o obrotówkach. Bum! Meia Lua Presa / Rabo de Arraia. Ludzie, którzy nie trenują kontaktowo, a bawią się w Capoeirę, myślą często, że w walce jest czas na robienie wyjścia do przodu przy Meia Lua Presa / Compasso. 
(0:54 macie to smutne wyjście do przodu nogą)
No i się potem strasznie brutalnie dziwią, że jednak nie - bo gdy Ty głupku wychodziłeś do przodu, ktoś to widział i albo się uchylił, albo odsunął, albo w ogóle skopał Ci nogę podporową, a potem dobił w parterze. Ja rozumiem, że takie ruchy trzeba maskować. Świetnie zrobił to Contra-Mestre Barraozinho w legendarnym 20 seconds Capoeira K.O. gdy pierwsze kopnięcie strzelił jako zmyłka, zaganiając przeciwnika do narożnika i wykonał drugie, gdy tamten nie wiedział specjalnie co się dzieje i co nastąpi. 
Heeey! I typ leży. Drugą formą maskowania tej i wielu innych obrotówek (spinning elbow, backfist) jest ukrycie wyjścia nogą przez prawy prosty (albo jak kto jest mańkutem to lewy prosty) i wraz z uderzeniem, które w rzeczywistości jest zmyłką, wystawienie nogi do kopnięcia. Przeciwnik skupia się na ciosie i oddala się albo zasłania. Tak czy siak - wychodząc z dystansu pięści, nastawia się idealnie na kopnięcie, a gdy nie oddala się, a zasłania, to i tak ma sromotnie prze*ebane. Mistrzem takich czarów są Anderson Silva i Jon Bones Jones. 
(tu mistrz JBJ wyjaśnia, jak skutecznie ukrywać ataki po obrocie)

Ostatnią sztuczką o jakiej chcę wspomnieć jest Pisao Rotado i klasyczne Pisao (nie będę się dziś wypowiadał o Bencao / Teepach / Front kickach i sztuczkach z samym roundohuse / martelo kick, bo tematem jest moja interpretacja sztuczek z Capoeira, a nie mielenie tego, co każdy trener stójki wie i mówi). Na Capoeira treningach spotkałem się często z opcją, gdzie wyczekuje sie timing, gdy ktoś robi Queixada / Armada / inną okrężną obrotówkę, po której jest odsłonięty i pyk - dostaje strzała ALBO że przeciwnik staje przed nami z tarczą i tymi kopnięciami mamy dziada przepchać. Zajebiste - jeśli chodzi o wyrabianie siły i techniki, ale w walce pojawia się trzeci element, tj. presja napierającego przeciwnika. Dlatego Capoeiristas i wojownikom czytającym ten wpis chciałbym zaproponować wprowadzenie do swoich treningów wersji odwróconej z tarczami. To jest:
Przeciwnik z dużą tarczą staje przed nami i krok po kroku, w tempie walki NAPIERA na nas, a my wycofując się, musimy wymierzyć dystans i z odpowiednią szybkością strzelić nogą w tarczę, tak by go odsunąć, wywalczyć sobie w ten sposób kolejne sekundy na kolejny obrót, bądź złapanie dystansu. Takie ćwiczenie uczy dynamiki tego kopnięcia, wymusza użycie siły, by realnie odepchnąć przeciwnika i rozwija wyobraźnię - zaczynamy rozumieć presję jaką może wywołać przeciwnik.  

(Spinning back kick / Pisao Rotado)

Tym optymistycznym akcentem kończę pisany na poczekaniu wpis.
Zaznaczam tylko, że wszystkie powyższe opinie są subiektywne, to moje wymysły i obserwacje, sprawdzone na matach i sparingach w różnych formułach. Nie każdy musi się ze mną zgadzać, nie każdemu wszystkie sztuczki będą wychodzić. Dobitnie zaznaczam, że szanuję każdego wojownika i uprawianą przez niego formę walki. 

Świnta, świnta...


Hej. Jak co roku i teraz wypada wypowiedzieć się na temat Bożego Narodzenia i wszystkich nieformalnych obrzędów z nim związanych, a obecnych niemal w każdym domu. wiem, to święta rodzinne i emocje z nimi związane powinny być pozytywne, jednak w moim wypadku tak nie jest.

Żeby była jasność - kocham swoją rodzinę i nawet gdy się z nimi trochę "tnę", to każdy powrót do domu jest miły. Przykro mi tylko, że wpoili we mnie poczucie wiecznego stresu (takiej odpowiedzialności za ch*j wie co), które w domu naszym, w okresie przedświątecznym wzmaga i MANIFESTOWANE jest we wszystkie strony. Wynika to z pewnego przewartościowania. Nie chodzi już o spotkanie się we wspólnym gronie, pożartowanie albo powściekanie się na siebie, a o MATERIALNE dopięcie wszystkiego na ostatni guzik.

Tak więc zaczyna się wyścig z czasem i gotowanie, kupowanie, darcie się wszyscy na wszystkich (deathmatch!), wydawanie forsy, brak forsy i w końcu ten kulminacyjny moment, gdy wszyscy dookoła uznają, że kij w te święta, jeśli mają one obyć okupione taką dawką stresu i nawet jak uda się potem wspólnie zasiąść do stołu, to atmosfera przy nim jest tak napięta / sztuczna / gęsta (niepotrzebne skreślić), że jedyny rozsądny plan to plan ewakuacyjny.

(sup bro?)


Nasuwa się pytanie: co z tym zrobić? Znakomita większość ludzi, których znam, izoluje się od świat, staje bykiem i wyłącza na wszelką integrację z rodziną. Ja myślę, że to tylko dolewanie do czary goryczy, a pokonanie tego metaforycznego Grincha siedzi tylko i wyłącznie w naszej inicjatywie. Tak więc, by poczuć "magię świąt" (co za obrzydliwy zwrot!), trzeba przede wszystkim samemu ją dawać - nawet nie słowem, ale jakimś odciążającym drugą osobę uczynkiem, a tych mamy do wyboru, do koloru. Od pomocy mamie lub babci w lepieniu tysięcznego pieroga / uszek, po choćby odwiedzenie ten jeden raz do roku stacji krwiodawstwa, albo przelanie na schronisko dla psów równowartości czteropaka browara.

Święta, choć o podłożu religijnym, są od ludzi dla ludzi i należy o tym pamiętać, by móc czerpać z nich satysfakcję. Garściami. Kto tkwi w moim pokoleniu, ten miał zapewne przyjemność przeżyć legendarną pasterkę na orlenie / na moście / za żabką (znów niepotrzebne skreślić). Chodzi o to, że tam ludzie przychodzą z chęcią, bo jednego dnia do tej dziury, z której pochodzimy, zjeżdżają wszyscy nasi znajomi z dzieciństwa i można z nimi porozmawiać, pośmiać się, pobyć. Nagle wszystko nabiera kolorów, choć pizga, a na stole nie ma karp... Wróć! Nie ma nawet stołu! A jednak, jak Polak chce się bawić, to Polak potrafi. Więc kończąc: nie pozabijajcie się i oby nam się. :D

(... oby nam się film nie urwał na sylwka )

niedziela, 28 grudnia 2014

Przegrać wszystko!


To chore, jak w życiu codziennym trywializuje się pojęcie wolności. I oddaje się ją niemal każdym gestem, czynem, w imię bezpieczeństwa, komforty i stabilizacji. Od pierwszych lat życia uczymy się budować sobie grobowiec. Potem go budujemy i dając się zanęcić jak głupik, wpadamy do własnego sarkofagu. A gdzie tu ku*wa miejsce na szczęście? Najlepiej powielić ten sam bezpieczny, spier*olony schemat.

Może naoglądałem się za dużo fight-clubu, ale często marzy mi się poczuć, jak to jest totalnie odpłynąć, stracić kontrolę. "Just-let-it-go!".Nie rozumiem, czemu jeszcze się pilnuję. Może to tchórzostwo, albo troska o to, by nie zranić ludzi mi bliskich (bądź takich, co mają się za ludzi mi bliskich - tacy to potrafią Ci bezkrytycznie doj*bać zawsze ,zwłaszcza gdy wszystko i tak się psuje.) w każdym razie - nie wiem!


W pewnym momencie wpadłem w pułapkę powielania schematu. Tak jak dziadkowie, tak jak starzy, chciałem być dobrym uczniem, potem dostać się na studia, skończyć je i żyć szczęśliwie. Stabilne życie ze stabilną nudną pracą. I brnę w to gówno, na gównianym kierunku, wiedząc, że prędzej mi rogi urosną, niż będę pracował w branży administracji ( w tym popapranym kraju paradoksów ) i tak błędne koło się toczy. Podczas, gdy najlepsze lata na zdobycie prawdziwych kwalifikacji gdzieś mi spier*alają. Ponoć trudności budują charakter, no ale ej! Co to za trudność, leźć za stadkiem baranów, by spełnić nieswoje ambicje?

Liczę, że w końcu zrobię coś tak poje*anego, że życie stanie się nieco bardziej zrozumiało, albo chociaż przyjemniejsze. Kto nie ryzykuje, podobno szampana się nie napije. Jednak ciekaw jestem, czy moja wielka szansa na postawienie wszystkiego na jedną kartę (pozdro Eminem! lose'nij yourself) już przeminęła, czy jeszcze nie nadeszła?

W sumie nie mam ani sporych kwalifikacji, ani doświadczenia, a jedyne w czym się lubuję, to te sztuki walki. No i jeszcze psychologia na amatorskim poziomie - zabawa zabiegami i schematami działań, które poznałem empirycznie, raczej nikając książek, w których wielcy uczeni porównują ludzi do szympansów i babonów.

Kończąc ten egoistyczny i chyba najbardziej jałowy, jak do tej pory, wpis, dodam tylko, że może sekret szczęścia polega na doświadczaniu życia w pełni i... Manipulacji?! Sprawniej obsłudze i operowaniu zjawiskami, mechanizmami i technikami wyuczonymi podczas tego doświadczania...? Jak w walce - wygrywasz, gdy jesteś pewnym swoich umiejętności i władasz nimi biegle.

Zostaw ego w domu!


Myśleliście kiedyś, jak wiele komplikacji w życiu wynika z ludzkiego zapatrzenia w siebie? Zastanawiające jest, jak często, gdy dochodzi do dyskusji w charakterze ofensywnym, druga osoba jeszcze zanim zacznie myśleć, odpowiada równie agresywnie, z impulsem. Jest to automatyczne zachowanie obronne prowokowane przez nasz instynkt i - niestety - prymitywną część mózgu. Dowód? Gdy dochodzi do walki bokserskiej, MMA, gdziekolwiek gdzie sypią się ciosy, nie skupiamy się na spokojnym manewrowaniu między atakami, a dostajemy szału, próbując bezmyślnym (bo często pełnym błędów technicznych) atakiem odeprzeć nawałnicę ciosów i w konsekwencji zgarniamy ich jeszcze więcej. Bum, bum, auć, K.O.

Dokładnie to samo dzieje się w relacjach międzyludzkich. Często atakujemy kogoś w szale, źli, bo uznał nas za winnych; nawet gdy rzeczywiście winni jesteśmy. Reagujemy jeszcze zanim w ogóle przemyślimy czy wina może być po naszej stronie. A to źle. Michael Jai  White w "Never Back Down 2" powiedział, że "wściekły umysł to wypalony umysł". I racja! Bo ile razy rozpoczynaliśmy kłótnię "o nic", bo ktoś nam coś wypunktował?


Od pewnego czasu wprowadziłem w styl swoich wypowiedzi pewną eksperymentalną metodę, tj. (zainspirowany chłopakami z Shaolin) uznałem, że w dyskusji liczy się zimna kalkulacja i gdy wychodziło, że wina jest po mojej stronie, uraziłem kogoś, popełniłem błąd, źle się zachowałem... To najzwyczajniej w świecie przepraszałem (byle szczerze!) osoby, które zostały dotknięte moim zachowaniem. Mówiąc proste "przepraszam" nie traciłem nic, a zyskiwałem u tych ludzi uznanie i szacunek. Co więcej, nie strzępiłem sobie nerwów na kłótnie o przysłowiową "pietruszkę".

Jako, że Capoeirę mam w serce wrytą, w sytuacji tej znalazłem do niej analogię. bowiem wielu Capoeiristas uprawiających tą sztukę, wydaje się być bardzo bezkrytyczna wobec siebie. Jak to sprawdzić? Podetnij albo kopnij martelo (lub innym prostym kopnięciem) Capoeiristę bardziej doświadczonego od siebie. Odda, jednak ta forma, w jakiej to zrobi, będzie dopiero świadczyła o jego finezji. Jeśli spokojnie wyczeka na okazję i z pełną kontrolą zada kontratak w wybranym momencie, to szacun dla niego; ale jeśli zacznie na siłę zamykać jogo, na pałę próbując kopać i podcinać przy każdej okazji, to jego ego ucierpiało, a on sam wpadł we wcześniej przytoczony przeze mnie na podstawie walki, szał bojowy. A więc chcąc oddać za jedno podcięcie skupia się na zemście i jest przez to wypalony, czytelny i mniej uważny. Poza tym, jesli w jego ego godzi delikatna "rasteira", to co by było, gdyby ktoś go celnie okładał rękoma? Szał paralityka i znów BUM! K.O., hm? ;)

W podsumowaniu odsyłam do filozofii Mistrza Bruce Lee. "Be water, my friend" głosił. Bowiem woda jest elastyczna, opływa i omija przeszkody, jednak napływając cierpliwie i wytrwale, drąży dziury w skałach. A jak wiadomo, drogą do szeroko rozumianego sukcesu jest cierpliwość, wytrwałość i ciężka praca ( a nie dołączenie do MLM jak pier*olą tępaki z piramidek finansowych i spece od biznes-motywujących gadek).

Introdukcja


Internet to dziwne miejsce, a portale społecznościowe w nim zawarte (na czele z facebookiem) to totalna esencja wcześniej wspomnianej dziwności. Używamy ich do wszystkiego, od utrzymywania kontaktu ze znajomymi, poprzez chwalenie się, co ku*wa mamy na obiad, co nas boli, wku*wia, trapi; wylewamy do tego neta żółć, która zalewa nas codziennie i dzielimy się w ten sposób negatywną energią ze wszystkimi, którzy akurat mają nas w "znajomych"; widzą naszą tablicę.

Wiedząc, jak bardzo w dupie ludzie mogą mieć moje żale, uniesienia i rozkminy z najdziwniejszych sytuacji, przy małej namowie jednego z moich przyjaciół, postanowiłem zrobić to... Tj. taki dziennik, pamiętnik - tylko, że w formie elektronicznej (choć pierwsze posty powstawały, gdy miałem awarię komputera, w starym stylu - ręcznie!) i zawierający przemyślenia, którymi chciałbym sie podzielić (a nie siedzę akurat ze znajomymi przy flaszce czystej). W ten sposób odciążam tych wszystkich niewinnych biedaków, którzy wcześniej mimowolnie czytali moje eseje na FB, dotyczące przerostu ego, umowy społecznej, polityki, pogody i dupy maryny. Chyba tylko o seksie nie pisałem jawnie; no bo wiecie - wizerunek :D.

No, a skoro Ty, drogi czytelniku, już tu jesteś i wytrzymałeś więcej, niż jeden akapit, to śmiem twierdzić, że zdobyłem Twoją uwagę.

No to pierwszy post poszedł w eter.
~Paw