poniedziałek, 13 marca 2017

Stabilne życie - życie w strachu?

Poniższy tekst to moja subiektywna opinia, mająca skłaniać do własnych przemyśleń. Nikomu nic nie narzucam. Ale:


Takie mamy czasy, że wszyscy jesteśmy indoktrynowani już od wczesnych lat do tego, by wypełniać pełen schemat życia, w którym najpierw chodzimy do szkoły, której nie lubimy (bo przedmioty wykładane nam są w nudny sposób, mający przygotowywać do bezdusznych egzaminów, a nie prawdziwego życia), potem łapiemy zawód, który czasem nawet lubimy, ale przejada nam się już po pierwszym pół roku dorosłego życia i - jeśli mamy farta - to dostajemy za ten zawód w miarę godziwe wynagrodzenie. Mija 40 lat wegetacji, a potem jak już nie mamy w sobie życia, przychodzi (albo i nie) emeryturka. I do piachu.


A ile przez ten czas tak w rzeczywistości przeżyliśmy? I jaki jest sens zapieprzania wszystkie te lata? Rozłóżmy to na czynniki pierwsze:
1. uczymy się, walczymy o kwalifikacje by zdobyć zawód
2. zawód ma dać nam pieniądze na utrzymanie
3. stabilne utrzymanie ma dać nam możliwość bezpiecznego życia (stać na lekarza, na utrzymanie rodziny, na ewentualne zachcianki gdy korzystamy z 1/3 życia która jest tylko dla nas - bo doba to 24 godziny. 8 w pracy, 8 na sen).
4. Przeskakujemy z etapu "nie lubię swojego życia, bo jestem niewolnikiem szkoły" na etap "nie lubię swojego życia, bo jestem niewolnikiem zobowiązań wobec: [pracy, rodziny, kredytu]", do grobowej deski.
A gdzie w tym wszystkim jakaś emocjonalna intensywność? Łapanie wspomnień, przeżyć, doznań? Odpowiedzialność, próby ciągłego udowadniania przed sobą i innymi, że jest się porządnym, próby dbania o wszystko i wszystkich dookoła oraz strach, że nie podoła się któremuś z tych zadań uzależnia nas. Nauczeni, by bać się ryzyka, nie chcemy doświadczać już na starcie niczego nowego.

Życie według standardowego schematu uczy nas, że ryzyko się nie opłaca. Że od początku wszystko musi być stabilne, niezmienne i nudne, bo w innym wypadku robi się niebezpiecznie. Ale czy taka jest nasza natura?

Coraz częściej słyszy się o prezesach i ich zastępcach, którzy rzucili etat w korpo, często nawet taki za 10 - 15 tysięcy miesięcznie i wyjechali do Peru lub Tajlandii, by otworzyć kramik z jedzeniem i żyć sobie z dnia na dzień, bez stresu, odpowiedzialności, ciesząc się interakcją z innymi ludźmi. Większość z nas ma ich za szaleńców, ale Ci szaleńcy w gruncie rzeczy są szczęśliwi. Domowe kundle znów poczuły, jak to jest być wilkiem. ;)


Sam jestem dość młody i pewnie z biegiem czasu zwolnię troszeczkę tempo, ale póki co myślę, że warto walczyć o to, by życie - nawet jeśli jest intensywne, pełne przeciwności losu i kłód pod nogami - było szczęśliwe. By zostawić jak najwięcej wspomnień po sobie i osiągnąć tyle, na ile mam potencjał. A nie tyle, na ile pozwoli mi jakiś przypadkowy zwierzchnik. I choć nie mam się za wzór i nikomu z czytających nie chcę narzucać mojego toku myślowego, szczerzę radzę: dbajcie o siebie. Nie zawsze oceny, wizerunek, pieniądze są najważniejsze. Czasem trzeba po prostu - cytując klasyka - pomyśleć "co lubię w życiu robić" i zacząć to robić.



niedziela, 12 marca 2017

Medytacja ruchowa - w zgodzie z sobą?




Gdy słyszymy słowo 'medytacja' przed oczami pojawia nam się obraz łysego mnicha mamroczącego coś pod nosem, siedzącego w przykładnym bezruchu od paru godzin i choć stereotyp ten przełamywany jest przez znawców sportu, dietetyków świadomych ciągłego oddziaływania kortyzolu na nasz organizm oraz speców od wschodnich sztuk walk, to wciąż bardzo mało korzystamy z dobrodziejstw, jakie niesie ze sobą taka forma odprężenia.

Klasyczna medytacja polega na uspokojeniu ciała i umysłu (niemyślenie o niczym stanowi wyzwanie dla większości z nas i nie ma co do tego wątpliwości) tak, by całe ciało mogło odpocząć od bodźców zewnętrznych i zregenerować się. I nie będę zagłębiał się w techniki jej 'wykonywania', bowiem w internetach macie tego po uszy i po wklepaniu stosownego hasła wystarczy wybrać coś dla siebie.


Sam chciałbym skupić się jednak na innej formie medytacji, pewnego rodzaju mutacji, jaką jest medytacja ruchowa. Bez przytaczania encyklopedycznych definicji, w moim postrzeganiu medytacja ruchowa to taka forma ruchu - ćwiczenia, które najlepiej żebyśmy mogli wykonywać samodzielnie - która pochłania 100% naszej uwagi w trakcie wykonywania wspomnianych ćwiczeń.
Ten typ medytacji nie uchroni nas przed skokami kortyzolu, bowiem każdy wysiłek dla naszego organizmu jest stresem, ale jest to świetne ( i znacznie zdrowsze od imprezowania do odcięcia ) "przeczyszczenie" umysłu. Bowiem, gdy skupiamy się na danym ćwiczeniu / zadaniu, które sobie postawiliśmy, nie martwimy się tym, by nie myśleć o niczym, tylko rzeźbimy nasze ćwiczenie, budujemy odruchy, "malujemy" ruchem pewnego rodzaju dzieło sztuki.


Dla mnie świetnymi przykładami medytacji ruchowej są:
-W wydaniu wschodnim: sekwencje Tai Chi (razem z ich pracą oddechu), układy TUL z Taekwondo oraz KATA z różnych odmian Karate, czyli praca nad oddechem, dopracowaniem ruchu lub sekwencji ruchów do perfekcji oraz wyrabianie i szlifowanie odruchów.


-W wydaniu zachodnim: sekwencje Capoeira, czyli praca nad płynnym przechodzeniem ze znanych mi elementów i układanie ich w dowolnej kolejności, odkrywając przy tym kolejne wariacje wykonywanych technik. "Układanka"


-Uniwersalnie: Elementy akrobatyczne, techniki specjalne - tj. doszukiwanie się drobnych niedopatrzeń technicznych, których wyeliminowanie skutkuje poprawnym wykonaniem elementu; walka z własnymi blokadami psychicznymi i poprawianie świadomości ciała w warunkach nienaturalnych dla człowieka (w locie!).

 
Jestem pewien, że część znawców nie zgodzi się ze mną w kwestii wykorzystania powyższych dziedzin w tym właśnie celu, jednak sam wierzę, że niemal każda forma ruchu może stać się medytacją ruchową, jeśli podejdziemy do niej z odpowiednią dozą kreatywności.

Ciekawym efektem ubocznym przytoczonej przeze mnie formy ćwiczeń jest to, co dzieje się w naszej głowie po zakończeniu jednostki treningowej: zmęczenie, czasem wręcz przepalenie fizyczne ciała sprawia, że umysł uodparnia się na drażliwe bodźce. Podświadomie szukamy odpoczynku, relaksu, a więc i sami stajemy się łagodni. Łatwiej przychodzi nam przejrzyste myślenie, z głowy uchodzi chaos, a i często bywa, że w trakcie ćwiczeń zrobiliśmy widoczny postęp, którego osiągnięcie od razu buduje i naszą samoocenę.


Życie w zgodzie z sobą to wielkie wyzwanie, któremu niewielu jest w stanie podołać, bo wpływa na nie bardzo wiele czynników: zawód, ludzie nas otaczający, nasz status społeczny, własna definicja szczęścia czy małe / duże cele które sobie wyznaczamy. Jeśli jednak akurat ktoś z Was, ewentualni czytelnicy, nie ma w naturze przelewania swoich emocji na innych, ani nie chce uciekać się do używek, by się "zresetować", to medytacja ruchowa jest świetnym wyjściem.

środa, 16 listopada 2016

Woda do posiłku, woda po posiłku?


Dzień dobry. Dziś, ze względu na dość duże zainteresowanie, chciałbym poruszyć temat z pogranicza dietetyki. Mianowicie, wiele osób pyta, czy powinno się pić wodę / napój do posiłku (popijać), lub czy można pić po posiłku. Bowiem w tej tematyce kolidują ze sobą dwie tezy. Pierwsza - mówiąca, że picie do posiłku wpływa negatywnie na trawienie, bo rozrzedza soki trawienne i druga, wspominająca o tym, że sama woda ma bardzo pożyteczne oddziaływanie na organy wewnętrzne i w gruncie rzeczy stymuluje trawienie.

Z piciem po jedzeniu jest tak, że popijanie w trakcie jedzenia i ładowanie picia mniej więcej godzinę po jedzeniu, zwłaszcza w dużych ilościach, nie jest zdrowe, bo rozwadnia soki żołądkowe. Co więcej, jeśli jest to picie z kofeiną (cola, kawa), rozluźnia też odźwiernik i wpust żołądka (co może skutkować złudnym wrażeniem 'nadkwasoty' lub gorzkim odbijaniem w wyniku cofania żółci z dwunastnicy do żołądka). Jeśli jest to z kolei picie na cukrze (mocno słodzona herbata, kawa, słodki napój) to potrzeba do jej strawienia innych enzymów, niż do np. kawałka mięcha, które właśnie wchłonęliśmy i nasz organizm może nie wyrobić z ich produkcją, co skutkuje źle strawionym pokarmem, a więc słabo wchłoniętym w jelicie cienkim i stanowiącym pokarm dla patologicznych bakterii w jelicie grubym. Gazy, wzdęcia, poczucie ciężkości i ogólne złe samopoczucie

Warto jednak pamiętać, że większość ludzi jest chronicznie odwodniona (ponieważ picie herbaty, nawet niesłodzonej, nie nawadnia naszego organizmu. Często bywa tak, że organizm wykorzystuje więcej wody do strawienia napoju, niż dostaje w wyniku jego wypicia), a woda jest wielkim wsparciem dla trawienia (w każdej innej okoliczności, niż gdy rozrzedza soki żołądkowe) bo dzięki dobremu nawodnieniu, błona żołądkowa jest gruba i mocna (mniej podatna na podrażnienia, nadżerki), żołądek produkuje więcej soków żołądkowych, a resztki pokarmowe z jelita cienkiego i grubego są 'spłukiwane'.

 Czyli zgadzają się obie tezy:
1. nie pijemy po posiłku / do posiłku
2. w każdych innych okolicznościach pijemy i to w opór. Dobrej wody mineralnej, nie napoju słodzonego.

Pamiętajcie też, że większość z nas ma dysbiozę w większym lub mniejszym stopniu. Jesteśmy leczeni antybiotykami, a do antybiotyków zazwyczaj zarzuca nam się 'dowolny pierwszy lepszy' probiotyk / osłonkę. Podczas, gdy flora jelitowa to bardzo złożony system odpowiedzialny za cholernie dużo funkcji organizmu (nie tylko trawienie!). Warto badać swoją florę jelitową i suplementować się dobrymi probiotykami. Powiem więcej, wg. mnie probiotyki powinny być 'must have' w zestawie supli regeneracyjnych tak samo jak bcaa i - czasami - kompleksy witaminowe. : )

Świadomość tego, jak funkcjonuje nasz układ pokarmowy jest bardzo niska i gdy czujemy, że coś nam szwankuje, warto szukać takiego specjalisty, który ma umiejętności zarówno z zakresu gastroenterologii jak i dietetyki, bowiem dużo częściej to dietetycy doszukują się innowacji, zgłębiają swoją wiedzę i starają się rozwijać, znajdować przyczyny, podczas gdy akademiccy gastroenterolodzy postępują według protokołów leczenia i jeśli nasza niestrawność / pochodna dolegliwość nie jest 'uleczalna' ich metodami, kwalifikują nas do IBS i wysyłają do psychiatry. Such a shame...

poniedziałek, 19 września 2016

Zaproszenie. : )


Jeśli już skusiłeś/aś się na rzucenie okiem w ten post, proszę Cię, poświęć następne dziesięć minut swojego życia i doczytaj go do końca. Wiem, że trochę tego jest, a czas to pieniądz, ale myślę, że czasem trzeba dać szansę ślepemu losowi. Na doznanie czegoś nowego, na jakąś zmianę. Do sedna: Chciałbym zaprosić Cię na swoje zajęcia. Ale nie w taki zwyczajny sposób, jak to fitness-maniacy mają w zwyczaju "cho, siema, zrobimy kratę na brzuchu i będziemy się lansować na plaży". Chcę Cię zaprosić na Capoeirę, a przy tym wytłumaczyć jak może Ci się ona przydać i czemu wierzę, że jesteś jedną z tych osób, która świetnie odnajdzie się w tej formie ekspresji sportowej. Nigdy w życiu nie chciałbym nikomu wciskać kota w worku. To jak, poświęcisz mi chwilkę? Jedziemy:

Z każdą dyscypliną sportu jest tak, że ludzie podziwiają jedynie owoce chwały. Fajnie jest oglądać, gdy ktoś kopie fajne obrotówki, skacze salta, strzela gole lub wrzuca kosz za koszem bez większego zmęczenia. Wygląda to banalnie łatwo, gdy robi to osoba wprawiona, jednak zazwyczaj popkultura pomija rzecz ciężką: treningi, przygotowanie. Ludzie, którzy zastanawiają się nad przystąpieniem do jakiejkolwiek formy sportowej, często zniechęcają się zanim jeszcze wyjdą z domu, tłumacząc się sobie, że "nie mam talentu, nie mam formy, nie mam (tu cokolwiek)". W gruncie rzeczy takie działania doprowadzają do dalszego zastoju, stagnacji i braku jakichkolwiek efektów, bowiem każdy mistrz, którego znam, którego Ty znasz, zanim stał się mistrzem, "zaliczył tyle gleb, że mógłby zostać geodetą".

Dlaczego wierzę, że moje zajęcia są w pewien sposób wyjątkowe? Bowiem ich celem nie jest narzucenie Ci obowiązku pracy nad sobą, poczucia, że "eh, jeśli chcę mieć fajny tyłek / brzuch / klatę, muszę znów ruszyć dupę na trening". Moim zamierzeniem jest stworzyć, zestawić grupę ludzi, która sama się będzie napędzała. Środowisko, do którego będzie się przyjemnie wracać, które będzie się ze sobą czuło dobrze zarówno na treningu jak i poza nim. W takim środowisku trening nie jest obowiązkiem, tylko przyjemnością, którą chce się kontynuować bez znużenia.

Skąd wiara, że przez Capoeirę da się osiągnąć taki efekt? Bo jest to dyscyplina sportowa, która ze względu na swoją wszechstronność, integruje ludzi z najróżniejszych środowisk i - w moim mniemaniu - wyciąga z nich to co najlepsze.

Capoeira dla wielu jest "sztuką walki ukrytą w tańcu". Zgodzę się i się nie zgodzę. Capoeira sama w sobie jest dyscypliną (sztuka walki, której 'walka' rozgrywa się w tak zwanej grze Capoeira - "roda de capoeira"), ale jednocześnie jest też narzędziem, które może przydać się:

-zawodnikom kontaktowych sztuk walk (Capoeira świetnie poprawia balans, świadomość środka ciężkości ciała, poszerza wachlarz technik kontaktowych o innowacyjne podcięcia, obalenia, klasyczne oraz nieszablonowe, aczkolwiek skuteczne kopnięcia)

-instruktorom / instruktorkom fitness (w związku z serią niekonwencjonalnych ruchów, form wykorzystania ciała, pomaga urozmaicić rutynę treningową)

-tancerzom / tancerkom (poprawia świadomość ciała, wyczucie rytmu, wplata 

-gimnastykom/czkom (uczy wykorzystywania figur w nowy, niekonwencjonalny dla klasycznej gimnastyki i akrobatyki sposób)

-capoeiristom trenującym dotychczasowo bezkontaktowo (jestem trenerem, który przez całą swoją karierę przeplatał capoeirę z kontaktowymi sztukami walki i wiem, jak wykorzystywać poszczególne elementy Capoeira w walce kontaktowej)

-osobom powiązanym z parkour, freerun lub trickingiem (otwiera głowę, pozwala odnaleźć nowe formy ruchu i 'posługiwania' się swoim ciałem w 'akcji')

-osobom chcącym poprawić swoją sprawność i wygląd, robiąc to w przyjemny sposób, wracać na trening z uśmiechem, a nie poczuciem ciążącego na nas obowiązku

-w końcu osobom szukającym nowej pasji, nowych doznań i świeżych środowisk, jednostkom zakochanym w poznawaniu nowych ludzi. Nawet jeśli są to osoby, które od zawsze miały, mają i chcą mieć dalej sport głęboko ... W nosie.

Uważasz, że Twoje ciało nie ma szans na wykonanie pewnych figur, osiągnięcie tak rażącej w oko sprawności? Błąd. Wszystko dzieje się OD ZERA, będziesz prowadzony/a krok po kroku. Prócz trenera głównego i - ewentualnie od czasu do czasu - asystenta / asystentki, na sali nie ma żadnej zaawansowanej osoby, nikogo, kto mógłby (w wyobrażeniu nowicjusza) w prześmiewczy, lub krytyczny sposób patrzeć na to, jak rozwijasz się w Capoeira. Wszystkie elementy, kroki, cała podstawa przekazywana jest od zera, tak, by docelowo adept mógł ze swoim zestawem technik uczestniczyć później na 'równych zasadach' w bardziej zaawansowanych treningach, warsztatach Capoeira, by nie musiał 'nadganiać' na szybko. A opanowanie podstaw Capoeira, figur, ruchów, kopnięć, otwiera wielki świat warsztatów, zlotów, pokazów, zawodów i festiwali kultury afro-brazylijskiej w całej Polsce, które prócz oczywistego aspektu sportowego, zapewniają olbrzymią dawkę integracji z niesamowitymi ludźmi z niemal każdego środowiska.

Capoeira, jako sztuka walki, oferuje też pewien prestiż, wiążący się ze zdobywaniem stopni (sznurów, w Capoeira nazywanych 'corda'), które określają poziom zaawansowania danego adepta, podobnie jak pasy karate / taekwondo / bjj.

Ja sam, jako trener, pragnę zebrać choćby najskromniejszą trzy-czteroosobową grupę, która będzie ze mną pracowała, której będę mógł się poświęcić i przekazać swoją pasję najlepiej jak tylko potrafię. Wszystko, czego oczekuję, to by przyszły adept / adeptka podjął ten jeden trudny krok - wyszedł i pojawił się na treningu. Spróbował. Bo kto nie ryzykuje, szampana nie pije. ;)

Capoeira w swojej ostatecznej formie, w tzw. grze / jogo de capoeira / roda de capoeira wygląda różnie, zależnie od rytmów i poziomu zaawansowania. Detali z pewnością dowiesz się na treningu, jednak, by zobrazować jak może wyglądać Capoeira, pokażę przykłady "roda" (gry capoeira) wykonywanej w umiarkowanym tempie przez początkujących:

Jak i gry Capoeira wykonywanej przez mistrzów, na prawdziwie wysokim poziomie:

W formie walki, wykonywanej w konwencji Capoeira:

Oraz Capoeira użytej poza konwencją, w klatce MMA:


Moja oferta jest o tyle specyficzna, że jeśli chodzi o Capoeirę, przedkładam przekazanie autentycznych umiejętności nad komercję, zarobienie pieniędzy. Dlatego też dla osób nieprzekonanych, PIERWSZE TRZY TRENINGI SĄ DARMOWE.

Wrocław, ul. Bałtycka 19, SALA NIEBIESKA. Klub Sportowy Taekwondo Samuraj. 
Wtorek: 18:00
Piątek: 17:00
https://www.facebook.com/pawarts/ -> oficjalny fanpage i kontakt. 






wtorek, 2 lutego 2016

Ewolucja metod treningowych


Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego to właśnie na "tradycyjnych" sztukach walki najczęściej się słyszy, że by osiągnąć jakąkolwiek skuteczność, trzeba poświęcić dużo więcej czasu niż w przypadku sportu walki? Najczęstszymi tłumaczeniami zazwyczaj było to, że sporty ukierunkowane są jedynie na dopięcie do perfekcji umiejętności walki wg. danych zasad, formuły, itp. a trening "tradycyjny" rozbudowywany jest często o techniki specjalne, akrobacje, kata, (od czasu do czasu) broń białą i tzw. "otoczkę kulturową".

Oczywiście, wspomniane argumenty znajdują swoje potwierdzenie na sali, jednak myślę, że wyliczając, czemu jest tak, a nie inaczej, często pomija się samą metodykę treningu. Sport - boks, kickboxing, mma - to miejsce, gdzie dochodzi do wiecznych konfrontacji, sprawdzania umiejętności więc naturalnym jest, że w drodze ewolucji, wprowadza się coraz to nowsze, bardziej przemyślane metody treningowe. W innym wypadku zawodnik, albo nawet cały klub, mógłby przestać liczyć się na sportowej scenie, osiągać jakiekolwiek sukcesy.



Innym, naturalnym dla sportowców, a niemal obcym dla "tradycyjnych" motywatorem jest presja. I tu przykładów jest mnóstwo. Chodzi mi o takie sytuacje, gdzie tradycyjny przez całe życie trenuje swoją technikę / kopnięcie / uderzenie w "szeregach", albo w parach z podkładającym się przeciwnikiem, więc może swobodnie dopasowywać dynamikę wykonywania techniki do swojej "sfery komfortu" (tzn. żeby się zbytnio nie zmęczyć, bo przecież to nie jest przyjemne uczucie ;]). Sportowiec nie może sobie na coś takiego pozwolić. Znaczy - oczywiście, najpierw wykona swoją technikę kilka razy na sucho, żeby zrozumieć ruch. Będzie go powtarzał, doskonalił, wyłapywał nowe szczegóły, jednak dość szybko dostanie okazję do zweryfikowania tego, czego się nauczył "w akcji". Podczas sparingów BJJ lub walk kickboxerskich nie ma miejsca na niedopracowane, byle jakie techniki, bo albo się będzie klepało, albo ... Dostanie w ryja!



Zarówno w sportowej jak i tradycyjnej odmianie sztuki walki bardzo ważne jest, by prowadząc swoich uczniów / podopiecznych, stosować takie metody, które niemal 'zmuszą' ich do rozwoju. Mówię tu o drillach trenujących pamięć ciała, czy ćwiczeniach kondycyjnych, w których prócz wytrzymałości ciała hartuje się też charakter. No bo powiedzmy sobie szczerze - nie każdy jest na tyle zdeterminowany, żeby dać z siebie więcej, niż 100%. A na tym polega trening - na przekraczaniu swoich własnych granic. Na rozwoju.


wtorek, 26 stycznia 2016

Jak zacząć?



Hej! Ostatnio bardzo dużo produkowałem się na temat tego, że pierwszy krok jest najważniejszy, biały pas / czysta corda to dla nas nobilitacja, i tak dalej. Zabrakło jednaj najważniejszego aspektu, tj. rzeczowej, konkretnej instrukcji, od czego powinno się zacząć trening, swój rozwój. Dziś mam zamiar być znacznie bardziej konkretny.

Pierwszą rzeczą - i będę powtarzał to do znudzenia - jest podjęcie decyzji o rozpoczęciu treningu i wykonanie jej, bez zbędnego namyślania się. Sprawdzone jest założenie, że im więcej myślimy nad czymś, tym więcej wymówek potrafimy sobie wykombinować, przez co w ostateczności nie realizujemy swojego celu. Dlatego w tej sytuacji należy zadać sobie pytanie (tu w przypadku sztuk walki): Co chcę robić?

By odpowiedzieć na to pytanie, wystarczy przejrzeć środowisko internetu. Jest tam pełno opisów rozmaitych klubów, szkół i stylów walki. Youtube też może nam troszeczkę pomóc. Mając takie wstępne wyobrażenie danego "stylu" nie pozostaje nam nic innego, niż pójść. Nie, nie myśleć dalej, że może inny klub, inny styl, coś - pójść. Na wątpliwości czas będzie potem.

Gdy dotrzemy na zajęcia, warto zwrócić uwagę na kilka istotnych aspektów:
-klimat panujący w klubie
-trener - jego profesjonalizm, podejście, wrażenie jakie daje
-środowisko, tj. ludzie którzy trenują w tej szkole. Ich nastawienie, Twoje odczucia względem nich.

Nie ważne bowiem, czy trenujemy sport, sztukę czy system walki, od powyższych aspektów (pomnożonych przez naszą determinację) będzie zależało, czy utrzymamy regularność treningów. Dużo łatwiej bowiem wraca się do miejsca ciężkiej pracy, gdy odpowiada nam klimat w tym miejscu panujący.

Trenując, musimy być świadomi z czym mamy do czynienia, ponieważ zasady treningów sportu, sztuki i systemu walki są różne (poniższy opis jest bardzo ogólnikowy i przyznaję, może być krzywdzący dla reprezentantów wszystkich trzech 'klas', dlatego też polecam sprawdzać to co piszę empirycznie. Czyny mówią więcej niż słowa):


Sport walki ma przygotować nas do rywalizacji sportowej. Choć nie jest to obligatoryjne, sportowiec często uczestniczy w różnych formach rywalizacji, w związku z czym sezonowo jego wydolność i forma fizyczna doprowadzana jest do górnych limitów (sezony sportowe).


Sztuki walki nawet gdy mają elementy rywalizacji sportowej (formułę zawodów), zazwyczaj mają na celu rozwój Twojej techniki i utrzymanie ciała na pewnym ponadprzeciętnym poziomie sprawności fizycznej cały czas. Co więcej, nie kształcą jedynie w zakresie techniki walki, ale i wpajają całą otoczkę kulturową danego "stylu"tj. techniki specjalne / akrobatyczne, kata, sekwencje, czasem nawet muzyka, japońskie wiersze, walka bronią białą czy też medycyna naturalna.


Systemy walki zakładają nauczenie przeciętnego człowieka odpowiednich odruchów i prostych technik, by stał się biegły przede wszystkim w (wyjątkowo trudnej) sztuce obrony koniecznej. Do tego celu często wyciąga się najprostsze elementy ze sportów walki i przeplata je z 'brudnymi' ciosami / chwytami (palce w oczy, kop w jaja, itp.). Na takich zajęciach często (czego ja osobiście nie popieram - rozbrajanie przeciwnika gołymi rękoma jest problematyczne dla ekspertów sztuk walk, nie powinno być więc wpajane osobie, która nie ma pojęcia o realiach walki) uczy się też rozbrajania przeciwnika z broni palnej / broni białej.

Zaznaczam, że nie ma opcji "najlepszej". To jakim wojownikiem się staniemy to w bardzo dużej mierze wkład naszej pracy. System walki można mieszać ze sztuką, sztukę ze sportem. Można też doprowadzić się do perfekcji w jednej, ulubionej dziedzinie, jednak pamiętać należy, że trening służy temu, by adept samodoskonalił się i choć mówi się, że to trenera rolą jest 'dociskać' uczniów, to ucząc się sztuki/stylu/systemu walki musimy pamiętać, by dawać z siebie zawsze przynajmniej troszkę więcej, niż możemy. Takie 110%. Bo na tym polega rozwój. Na pokonywaniu swoich wcześniejszych barier.

Warto też dostrzegać inne korzyści płynące z treningu. Abstrahując od sprawności fizycznej, trening umożliwia nam poznanie ludzi, wmieszanie się w środowisko które po części - niczym rodzic - nas wychowuje, rozwija osobowość. To bardzo ważny, choć często niedoceniany aspekt sztuk/sportów/systemów walki.

Dużo zdrowia, sukcesów osobistych i sportowych,
Paw. :)

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Gwiezdne Wojny!


Miałem ciężko uczyć się statystyki, więc przychodzi świetna okazja do napisania posta. Przechodząc do sedna sprawy: dużo rozwodziłem się w przeszłości o skrajnych emocjach, doprowadzaniu swojego ciała i psychiki do granic, itp. No i od ciosu do ciosu, od wymiany do wymiany, klejąc na twarz kolejnego sierpa od 30-kilo cięższego ode mnie sparingpartnera, doszedłem do wniosku, że walka ma dwie filozofie, podobnie jak... Gwiezdne Wojny!

Konkretniej, kto oglądał, ten wie, że cała historyjka Star Wars rozwodziła się o starożytnych 'mnichach' - jedi i ich złej odmianie, tj. sithach. Obie strony używały mocy, by poprawić swoją sprawność fizyczną, skillsy telepatyczne (...) bla bla bla i tak dalej, jednak używali jej w skrajnie odmienny sposób.



Sithowie, wyznawcy 'ciemnej strony' kosztem swojego wyglądu zewnętrznego i zdrowia, dążyli do osiągnięcia maksymalnej siły w jak najkrótszym okresie czasu. Tuningowali się różnymi elektronicznymi sprzętami i dawali się nosić emocjom. Ich ból, żal, wściekłość, potrafili ukierunkować i wyładować wprost na przeciwnika. Wyobraźcie sobie, że potraficie całe zło jakie przytrafiło się wam w życiu skierować na faceta, który stoi przed wami w oktagonie. Gość ma prze*ebane, no nie?



Jedi z kolei wierzyli, że ich dar służy do pomocy innym i że prawdziwa siła rodzi się z umiejętności opierania się pokusom ciemnej strony (żadnych 'dopalaczy' elektronicznych, pełne opanowanie nad emocjami, nawet gdy ktoś nas dotkliwie rani fizycznie / psychicznie, pokój umysłu, itp.). Zachowywali zimną krew i skrajny spokój nawet w najbardziej ekstremalnych sytuacjach.

W świecie sztuk walk istnieje podobna zależność. Podczas ofensywy, gdy kleimy kolejne 'ciepłe luty' na gardę, twarz i co tam jeszcze, narasta w nas mimowolnie furia. Odczucie to jest tym silniejsze im bardziej walka jest nie fair (np. do waszej sekcji mma przychodzi 30 kg cięższy bokser. W każdej innej sytuacji zaj**alibyście gnoja po pierwszej minucie, ale trener kazał robić tylko boks, więc koleś mocno was bije. Co gorsza, napala się. Widać, że chce wam zrobić krzywdę, a nie potrenować), im bardziej 'bezbronni jesteśmy'. I podobnie jak w gwiezdno-wojennej analogii, gdy wybuchniemy, podpalimy się, stajemy się niebezpieczni, zarówno dla otoczenia, jak i dla siebie. Nie zasłaniamy się, staramy się zadawać ciosy, ranić. Wypalamy się.

Prawdziwym mistrzostwem bowiem jest zachowanie pełnego spokoju i opanowania. Zarówno w walce sportowej jak i w samoobronie, znajomość swoich możliwości i ufanie sobie, swojemu przygotowaniu, daje sporą przewagę nad przeciwnikiem. Jeśli jesteśmy spokojni, mamy świadomość strachu ale nie dajemy się mu pożerać, panujemy nad swoim ciałem i umysłem, wtedy jesteśmy wielcy. Gdy, z kolei, lecimy do boju opętani furią, nasza wielkość jest złudna. Chęć zemsty, prowadzenie się adrenaliną, strachem, wściekłością, żalem - każdą z tych "ciemnych" emocji - prowadzi w gruncie rzeczy do dalszego bólu.



Konsekwencje prowadzenia życia zgodnie z wspomnianą "ciemną stroną" zostawiają po sobie pamiątki. Im bardziej jesteśmy mściwi, tym bardziej przecież ktoś inny będzie mściwy na nas. Karma wraca. Tak więc jako wojownicy, jesteśmy zobligowani do zachowania "zimnej głowy" i panowania nad sytuacją. I pomagania słabszym, jeśli zajdzie taka potrzeba (zamiast wyżywać się na nich / wykorzystywać takie jednostki). I nie jestem nikim oświeconym - te prawy zostały zawarte w kodeksach wielu szkół, od Akademii Capoeira Mestre Bimby, przez zasady JKD Bruce Lee, po kodeks Kyokushin Sensei Masutatsu Oyamy. I kto o nich zapomina, nie jest wojownikiem. Jest "tylko" sportowcem.