środa, 13 czerwca 2018

Księżniczki i kłamcy, czyli czemu sercu tak dobrze w lodówce





Na samym wstępie chciałbym zaznaczyć, że nie ma takiej możliwości, żebym był obiektywny w swoich wypowiedziach - stoję po jednej części barykady i nie mam pełnego poglądu na sprawę. Nie zmienia to jednak faktu, że każdy może sobie w internecie bełkotać subiektywne opinie, póki nie obrażają konkretnych, niewinnych osób, a więc i ja idę za ciosem. Do sedna:

XXI wiek to okres towarzyskiej klęski urodzaju. Mamy internet, a więc możemy się dosłownie nauczyć i wytrenować sztuki odpowiedniego aktorzenia mającego na celu wywołanie konkretnych reakcji u przeciwnej płci. Znów, mamy internet, a więc mamy też dużo większy wybór potencjalnych partnerów i partnerek niż nasi dziadkowie i pradziadkowie, ograniczeni poprzednim ustrojem do zasięgu gminy, ewentualnie gminy sąsiednej. I najgorsze! Mamy internet, a więc wydaje nam się, że jesteśmy dużo bardziej świadomi emocjonalnie i uczuciowo, niż w istocie jesteśmy. Bo coś tam przeczytaliśmy, coś tam przeżyliśmy. I gdy mówię 'my' mam na myśli ogół, pokolenie, a nie każdego człowieka z osobna. Bez urazy, wiadomix.

W konsekwencji powyższego, powstają pewne schematy zachowań, przez które przebijać się to - niestety - jak próbować zburzyć PRLowski wieżowiec, napier^_^ając w niego głową. Panowie na ten przykład wyuczeni pewnych schematów zachowań zamiast cieszyć się nowo poznaną osobą, jadą schematami, manipulują i czytają sygnały wysyłane przez kobiety tak, by - nie uświadamiając jej o swoich planach - jak najszybciej zaciągnąć do łóżka, wykorzystując instynkty, podświadomość. Niegodne, co? Jednak z drugiej strony, kobiety bywają straszliwymi hipokrytkami w tej kwestii i o ile nie mam chyba aż tak bogatego zakresu słów by opisać o co mi chodzi, podam przykład opowieści znajomego, który świetnie temat wyczerpie:
"Była sobie dziewczyna i chłopak 1, poznali się w necie. Chłopak 1 już na trzeciej randce chciał przelecieć tą dziewczynę. Ona obraziła się na niego. Potem poznała chłopaka 2. Chłopak 2 też się z nią spotykał, a ona rozżalona opowiadała mu jak chłopak 1 chciał ją przelecieć na trzeciej randce. Chłopak 2 wykazał zrozumienie i zbudował minimum zaufania. Po czym przeleciał ją na trzeciej randce. Badum tss, kurtyna.
: D"

Ostatecznie, kobiety bronią się przed facetami i 'księżniczkują' przed nimi, sprawdzają ich bo chcą czuć przewagę. Przecież to one są te wartościowe, a ten wredny samiec chce się tylko z nimi przespać. Haczyk tkwi w tym, że facet jak ma dobre gadane i minimalnie umie kłamać / aktorzyć, to jest w stanie otworzyć - hehehehe - 80% zamków chodzących po tym świecie. Natomiast o mur księżniczek najczęściej rozbijają się nice guy'e (goście, którzy po prostu są mili, ale nie budzą ekscytacji, nie są kochającymi łobuzami :D) albo ludzie - o to to ja! - którzy w relacjach szukają po prostu obopólnej szczerości i relaksu. 

W mojej - znów bardzo subiektywnej - opinii, gdy kobieta i mężczyzna się spotykają i zweryfikują, że nie są psychopatami, mordercami i innymi zwyrolami - to celem spotkania jest obopólny komfort. Odprężenie się, przyjemność z relacji z drugą osobą. Inteligentna para to wie i rzeczywiście się dogadają. Niestety - 'inteligencja' - jest na wymarciu. I gdy po raz setny mając takie jak powyższe założenia przed sobą, widzę księżniczkę, albo atencjuszkę której celem egzystencjalnym jest być ulubienicą i numerem jeden absolutnie każdego, po prostu daruję sobie tą relację. Atencjuszki, gwiazdki, to ten typ kobiet, które spokojnie da się zaciągnąć ze sobą kłamstwami i drobnymi manipulacjami. Problem jest taki, że chcąc pójść tą ścieżką jako facet trzeba ciągle udawać, animować jej czas, grać gościa, którego ona widzi za swojego idealnego samca. A często jest to nudne, męczące, a przede wszystkim uwłaczające godności. 

Przez to, że żyjemy w erze globalizmu i każdemu / każdej z nas się wydaje, iż ma nieograniczony wybór i możliwości, do łączenia się w pary podchodzimy osobliwie. Faceci go po prostu unikają, bo 'zawsze może znaleźć się ta lepsza' lub 'ożenimy się, a potem oskubie mnie z majątku'. Kobiety z drugiej strony równie desperacko co faceci seksu, doszukują się łączenia w "związki". Dla spełnienia uczuciowego? Chyba was poje^^ło. Właśnie po to, by dać pożywkę presji społecznej. Mieć stałego, może nie perfekcyjnego, ale minimalnie satysfakcjonującego faceta (którego potem i tak można puścić kantem, albo z torbami, wymienić na lepszy model po odwaleniu jakiejś dramy czy coś...) przed swoją 30tką i tą dziką satysfakcję, że nie zostanie się starą panną, gdy zegar biologiczny tyka. A myślicie, że czemu faceci przy 30tce mają największe branie, a kobiety przy 30tce są niemal zawsze ZDE-SPE-RO-WA-NE? Bo role wtedy się odwracają. 30-latek ma już podstawy finansowe, doświadczenie, dojrzałość emocjonalną. Ma wiele, czego nie mogą zaoferować młodsi koledzi, a i jeszcze ma zdrowie i wygląd, którym nie zawsze mogą się poszczycić starsi koledzy. 30tki - Panie z kolei, w jakiś dziwny biologicznie zaprogramowany sposób, czują wtedy już nóż na karku. "Kończy mi się czas, nie mogę odkładać tego ożenku w nieskończoność, potem będę starą mamą, albo w ogóle będę stara i nikt mnie nie będzie chciał". Ano! Życie jest łatwe, kiedy ma się młody, kształtny tyłek i nic więcej do zaoferowania. Gorzej, jak ta jedyna deska ratunku spruchnieje!

Inną sprawą jest też aspekt prawny i tzw. sądy rodzinne. Statystyki nie kłamią - 70% sporów małżeńskich o majątek i opiekę rodzicielską wychodzi na korzyść kobiety, 20% na korzyść mężczyzny, 10% bez rozstrzygnięcia. Była nawet o to niedawno głośna afera z tym detektywem od małej Madzi... ; D Z resztą wykop też o tym huczy.
i jak tu się wiązać na lata wiedząc, że cały dorobek życia pasji i krwawicy mogę stracić na rzecz pijawki, która w dupie ma uczucia, a ślub i związek traktuje jak umowę z ubezpieczycielem / prywatną lokatę w przyszłość? 

Kąsamy się tak więc między płciami w grze pozorów. Aktorzymy, udajemy, wykorzystujemy dla krótkotrwałych zysków, Panowie - fizycznych, Panie - materialnych. I jak się na to patrzę, jedyne o czym marzę, to zrobić milion dolców i wysłać serdeczne "teraz to się pie^_^l" każdej takiej pijawce która ma się za wartościową intelektualistkę, jednocześnie zapominając o swoich wartościach gdy tylko skoczą hormony lub zabrzęczy pieniądz (no bo cały czas jestem facetem, więc jestem subiektywny :D!). Mając pieniądze, wpływy, siłę fizyczną, intelekt i ideały - można być wysoko ponad gierkami psychologicznymi i umowami społecznymi które sprawiają, że nasze życia towarzyskie gniją.  A ja baaaardzo chciałbym być ponad to.

Moja rada dla Panów i Pań? Nie szukajcie. W ogóle. Doceniajcie dobrych ludzi których macie przy sobie, a w chwilach spędzonych na życiu towarzyskim pompujcie jak najwięcej wspomnień, doznań, szczerości. Najgorsza prawda ostatecznie i tak przyniesie mniejsze konsekwencje niż dobrze uszyte kłamstwo, a będąc szczerym można uniknąć wielu nieporozumień i spędzić wiele czarodziejskich chwil. Prawdziwych, nie sfabrykowanych! Ciężko bowiem trafić na osobę, która Cię zrozumie i zaakceptuje takiego jakim / jaką jesteś, ale gdy już tak się stanie to - łooo Panie! Średnia hawajska i wygazowane piwerko dla każdego !- będzie ogień.

Wszystkiego dobrego życzę tym co dotrwali z lekturą aż tu.
~Paw! 

p.s. aka bonus pack
A dla pań i panów flirtujących, będąc w związkach, z osobami trzecimi tak agresywnie, do ostatniej możliwej granicy, jest specjalne miejsce w piekle. Bo, żeby sobie zrobić dobrze w ego, robią gównianą robotę i swojej drugiej - niby kochanej - połówce i strasznie wku^^iają też tą osobę trzecią.
:D

niedziela, 10 czerwca 2018

Z buta w dorosłość

(Czym byłyby moje wpisy bez dobrego soundtracka?)

Dzień dobry Państwu. Minął rok od obrony magisterki i czas rozliczyć się z dorosłością. Małe podsumowanie? Rachunek sumienia z Jackiem Danielsem w tle? Lecimy:

Wejście z buta w swoje dorosłe życie rozpocząłem drastycznie - miesiąc przed obroną magistra (z której notabene wyszedłem, jeszcze w garinturze, na salę - sparować z kolegą) ekonomii rozstałem się z najcudowniejszą kobietą jaką nosiła ta planeta. Dlaczego? Inne priorytety mieliśmy w życiu. Tylko tyle. Cały czas mam przed sobą ślepą wizję (o tym zaraz) ułożenia życia inaczej niż standardowy Janusz. Co lepsze, nawet mi wychodzi. Problem w tym, że ta jedyna byłą nieco starsza i nie było jej po drodze na mnie czekać. Zrozumiałe. Sypię głowę popiołem. I o. Mieszkam sam. 
Zawsze miałem w głowie wizję, w której jako facet, jestem gościem który ma to co powinien mieć facet: doświadczenie życiowe, twarde pięści, dobre serce. Chciałbym być osobą, która odpowiadając za rodzinę, będąc jej fundamentem, nie będzie frustratem który nie spełnił swoich ambicji, tylko wzorem dla dzieci i ostatnią deską ratunku, gdy - ewentualna - Żona nie będzie już dawała sobie rady. Wsparciem. I nadal w to celuję, z tym, że moja droga ułożyła się trochę inaczej niż u standardowego zjadacza chleba po prawie, administracji, ekonomii lub innym z tych znamienitych kierunków, które mają teraz branie. Już na studiach magisterskich starałem się rozpędzić maszynę 'działalność sportowa sposobem na życie" i nie wyszło tak jak myślałem - nie mam sieci sekcji Capoeira - ale nie mogę narzekać. Trafiłem na park trampolin, gdzie poprawiłem swoje umiejętności akrobatyczne o miliard procent, zrobiłem graduado grao 2 w grupie Orun Capoeira i I DAN w Klubie Samuraj (z ramienia którego prowadzę sekcje Taekwon-do z najlepszymi dzieciakami i młodzieżą na świecie). Do tego nawiązałem kilka współprac z zakresu prowadzenia zorganizowanych zajęć sportowych, pokazów i organizacji eventów sportowych, dzięki czemu od sierpnia przestaję być osobą walczącą o utrzymanie się na wodzie, a zacznę być jednym z tych rzeźników, którzy zrobili coś z niczego. Ponoć nawet jestem rozpoznawalny. Przez ostatni rok zaufało mi mnóstwo niesamowitych osobowości z wielkimi sukcesami na swoich kontach (nie wymienię z imienia, bo nie wiem czy sobie tego życzą) i prawdopodobnie każdy z tych kredytów zaufania odbije pewne piętno na moim życiorysie. Ostatecznie, nie skończyłem w korpo, a od września działać będzie moja działalność gospodarcza.  Za przeproszeniem: rozpierdol (w pozytywnym tego słowa znaczeniu).

Żeby zachować schemat ying - yang, przyznam, że okres ten nie był wcale taki barwny. Kocham swoją rodzinę i wiem, że wspieraliby mnie nawet, gdybym oparł swoją przyszłość o losowanie lotto, ale żadne z nich nigdy nie było zawodowym sportowcem, ani nie opierało swojego dorosłego życia o cokolwiek innego niż umowa o pracę na czas nieokreślony, a więc z trudem przychodzi im wiara we mnie i gdy próbują przekonywać, że absolutnie we mnie wierzą, słyszę to bardziej z troską typu "synu, co Ty odpierdalasz!? po co?!" w tle. Mają trochę racji, bo chociaż z pierwszego akapitu wynika, że dorosłe życie Pana Trenera to sielanka, za nic tak nie jest. To zaszczyt, że mogę pracować z pasją, jednak wiąże się to z nieregularnymi wypłatami, pracą po godzinach, w dziwnych nieetatowych godzinach, głodowaniu przed 10tym (aka matki boskiej pieniężnej), sypaniu głowy popiołem i zaciskaniu zębów, gdy kolega z pomocy technicznej w korpo rozrzuca cebuliony na lewo i prawo. O kacach nie wspomnę. Przez jakiś czas miałem nawet tak, że próbowałem topić swoje problemy i niedopięcia emocjonalne w - swojego rodzaju - "służbie innym". Niestety, ludzie tak działają, że jak już dostaną, co chcą, to mają Cię w dupie. Przynajmniej Ci, którzy przywleki się za mną z rodzinnego miasta.
Chcecie dobrą radę na życie? Znajomi poznani na macie są dużo solidniejsi, niż Ci poznani przy piwie.
Czy to źle, że tak jest? Za ch^ja nie. E-e! Jeśli coś sprawiło, że jestem twardym facetem, to nie walki, sparingi, a ciężkie doświadczenia, m.in.: toksyczne jednostki, dwie przewlekłe choroby które napadły mnie kolejno w podstawówce i na studiach oraz właśnie wyzwanie, by iść w swoje, wierzyć w swoją wizję mimo, że świat wali się gruzem na głowę. Jak mawiał mistrz Yoda: porażka jest największą lekcją. A przez pryzmat czasu stwierdzam, że im bardziej dostałem w dupę emocjonalnie, towarzysko, zawodowo, zdrowotnie czy finansowo, tym lepiej uczyłem się radzić z trudnościami, a przez to czuję mocną świadomość, że do zostania takim facetem, jakim chciałbym być, pozostało naprawdę niewiele. 

Po obronie magistra założyłem, że dam sobie dwa lata na eksperymentowanie i jeśli to nie wyjdzie, to z pokorą zatrudnię się gdzieś na umowę o pracę i posłucham się rodziców. Co ciekawe - nie spodziewałem się, że po roku zajdę tak daleko jak zaszedłem. Nie spodziewałem się też, że droga, by tu dojść, będzie tak zajebiście ciężka. Nie narzekam jednak - ten wpis to po prostu forma terapii, przerzucenia głębokich myśli na coś a'l papier. Ciągle zdaję sobie sprawę, że mało kto ma zaszczyt zarabiać swoją pasją, zarabiać duże pieniądze swoją pasją. Spełniać drobne i te większe marzenia. Jestem świadom tego, że ciężka, przemyślana praca da owoce. Zawsze daje. I jedyne czym trzeba się wykazywać to determinacja, pracowitość, cierpliwość i pokora. 

Ostatecznie, w życiu należy kierować się dobrym sercem, gonić za szczęściem, nie krzywdzić ludzi. A tych, którzy z egoistycznych pobudek, lub kompleksów, sprowadzają nas w dół, należy izolować. 
Wniosek po roku bycia dorosłym, silnym facetem? "Zostanę legendą, albo wykituję próbując".

Wszystkiego dobrego Wam życzę, a jednostkom które przeczytały ten wylew emocji do końca, rzucam krótkie: szacunek. Wiem, nie jest to wpis praktyczny, nie sprzedaję trików, jak nauczyć się bić w miesiąc, lub jak zrobić kratę na brzuchu w tydzień i jeden dzień. Marketingowo ten blog jest cały do śmieci - ale takie było założenie. A jeśli z mojej małej terapii ktoś postronny wyciągnie lekcję dla siebie, poczuje "kurde, mam podobnie" - to będę zaszczycony i dumny, że mogłem pomóc.

~Paw 

poniedziałek, 13 marca 2017

Stabilne życie - życie w strachu?

Poniższy tekst to moja subiektywna opinia, mająca skłaniać do własnych przemyśleń. Nikomu nic nie narzucam. Ale:


Takie mamy czasy, że wszyscy jesteśmy indoktrynowani już od wczesnych lat do tego, by wypełniać pełen schemat życia, w którym najpierw chodzimy do szkoły, której nie lubimy (bo przedmioty wykładane nam są w nudny sposób, mający przygotowywać do bezdusznych egzaminów, a nie prawdziwego życia), potem łapiemy zawód, który czasem nawet lubimy, ale przejada nam się już po pierwszym pół roku dorosłego życia i - jeśli mamy farta - to dostajemy za ten zawód w miarę godziwe wynagrodzenie. Mija 40 lat wegetacji, a potem jak już nie mamy w sobie życia, przychodzi (albo i nie) emeryturka. I do piachu.


A ile przez ten czas tak w rzeczywistości przeżyliśmy? I jaki jest sens zapieprzania wszystkie te lata? Rozłóżmy to na czynniki pierwsze:
1. uczymy się, walczymy o kwalifikacje by zdobyć zawód
2. zawód ma dać nam pieniądze na utrzymanie
3. stabilne utrzymanie ma dać nam możliwość bezpiecznego życia (stać na lekarza, na utrzymanie rodziny, na ewentualne zachcianki gdy korzystamy z 1/3 życia która jest tylko dla nas - bo doba to 24 godziny. 8 w pracy, 8 na sen).
4. Przeskakujemy z etapu "nie lubię swojego życia, bo jestem niewolnikiem szkoły" na etap "nie lubię swojego życia, bo jestem niewolnikiem zobowiązań wobec: [pracy, rodziny, kredytu]", do grobowej deski.
A gdzie w tym wszystkim jakaś emocjonalna intensywność? Łapanie wspomnień, przeżyć, doznań? Odpowiedzialność, próby ciągłego udowadniania przed sobą i innymi, że jest się porządnym, próby dbania o wszystko i wszystkich dookoła oraz strach, że nie podoła się któremuś z tych zadań uzależnia nas. Nauczeni, by bać się ryzyka, nie chcemy doświadczać już na starcie niczego nowego.

Życie według standardowego schematu uczy nas, że ryzyko się nie opłaca. Że od początku wszystko musi być stabilne, niezmienne i nudne, bo w innym wypadku robi się niebezpiecznie. Ale czy taka jest nasza natura?

Coraz częściej słyszy się o prezesach i ich zastępcach, którzy rzucili etat w korpo, często nawet taki za 10 - 15 tysięcy miesięcznie i wyjechali do Peru lub Tajlandii, by otworzyć kramik z jedzeniem i żyć sobie z dnia na dzień, bez stresu, odpowiedzialności, ciesząc się interakcją z innymi ludźmi. Większość z nas ma ich za szaleńców, ale Ci szaleńcy w gruncie rzeczy są szczęśliwi. Domowe kundle znów poczuły, jak to jest być wilkiem. ;)


Sam jestem dość młody i pewnie z biegiem czasu zwolnię troszeczkę tempo, ale póki co myślę, że warto walczyć o to, by życie - nawet jeśli jest intensywne, pełne przeciwności losu i kłód pod nogami - było szczęśliwe. By zostawić jak najwięcej wspomnień po sobie i osiągnąć tyle, na ile mam potencjał. A nie tyle, na ile pozwoli mi jakiś przypadkowy zwierzchnik. I choć nie mam się za wzór i nikomu z czytających nie chcę narzucać mojego toku myślowego, szczerzę radzę: dbajcie o siebie. Nie zawsze oceny, wizerunek, pieniądze są najważniejsze. Czasem trzeba po prostu - cytując klasyka - pomyśleć "co lubię w życiu robić" i zacząć to robić.



niedziela, 12 marca 2017

Medytacja ruchowa - w zgodzie z sobą?




Gdy słyszymy słowo 'medytacja' przed oczami pojawia nam się obraz łysego mnicha mamroczącego coś pod nosem, siedzącego w przykładnym bezruchu od paru godzin i choć stereotyp ten przełamywany jest przez znawców sportu, dietetyków świadomych ciągłego oddziaływania kortyzolu na nasz organizm oraz speców od wschodnich sztuk walk, to wciąż bardzo mało korzystamy z dobrodziejstw, jakie niesie ze sobą taka forma odprężenia.

Klasyczna medytacja polega na uspokojeniu ciała i umysłu (niemyślenie o niczym stanowi wyzwanie dla większości z nas i nie ma co do tego wątpliwości) tak, by całe ciało mogło odpocząć od bodźców zewnętrznych i zregenerować się. I nie będę zagłębiał się w techniki jej 'wykonywania', bowiem w internetach macie tego po uszy i po wklepaniu stosownego hasła wystarczy wybrać coś dla siebie.


Sam chciałbym skupić się jednak na innej formie medytacji, pewnego rodzaju mutacji, jaką jest medytacja ruchowa. Bez przytaczania encyklopedycznych definicji, w moim postrzeganiu medytacja ruchowa to taka forma ruchu - ćwiczenia, które najlepiej żebyśmy mogli wykonywać samodzielnie - która pochłania 100% naszej uwagi w trakcie wykonywania wspomnianych ćwiczeń.
Ten typ medytacji nie uchroni nas przed skokami kortyzolu, bowiem każdy wysiłek dla naszego organizmu jest stresem, ale jest to świetne ( i znacznie zdrowsze od imprezowania do odcięcia ) "przeczyszczenie" umysłu. Bowiem, gdy skupiamy się na danym ćwiczeniu / zadaniu, które sobie postawiliśmy, nie martwimy się tym, by nie myśleć o niczym, tylko rzeźbimy nasze ćwiczenie, budujemy odruchy, "malujemy" ruchem pewnego rodzaju dzieło sztuki.


Dla mnie świetnymi przykładami medytacji ruchowej są:
-W wydaniu wschodnim: sekwencje Tai Chi (razem z ich pracą oddechu), układy TUL z Taekwondo oraz KATA z różnych odmian Karate, czyli praca nad oddechem, dopracowaniem ruchu lub sekwencji ruchów do perfekcji oraz wyrabianie i szlifowanie odruchów.


-W wydaniu zachodnim: sekwencje Capoeira, czyli praca nad płynnym przechodzeniem ze znanych mi elementów i układanie ich w dowolnej kolejności, odkrywając przy tym kolejne wariacje wykonywanych technik. "Układanka"


-Uniwersalnie: Elementy akrobatyczne, techniki specjalne - tj. doszukiwanie się drobnych niedopatrzeń technicznych, których wyeliminowanie skutkuje poprawnym wykonaniem elementu; walka z własnymi blokadami psychicznymi i poprawianie świadomości ciała w warunkach nienaturalnych dla człowieka (w locie!).

 
Jestem pewien, że część znawców nie zgodzi się ze mną w kwestii wykorzystania powyższych dziedzin w tym właśnie celu, jednak sam wierzę, że niemal każda forma ruchu może stać się medytacją ruchową, jeśli podejdziemy do niej z odpowiednią dozą kreatywności.

Ciekawym efektem ubocznym przytoczonej przeze mnie formy ćwiczeń jest to, co dzieje się w naszej głowie po zakończeniu jednostki treningowej: zmęczenie, czasem wręcz przepalenie fizyczne ciała sprawia, że umysł uodparnia się na drażliwe bodźce. Podświadomie szukamy odpoczynku, relaksu, a więc i sami stajemy się łagodni. Łatwiej przychodzi nam przejrzyste myślenie, z głowy uchodzi chaos, a i często bywa, że w trakcie ćwiczeń zrobiliśmy widoczny postęp, którego osiągnięcie od razu buduje i naszą samoocenę.


Życie w zgodzie z sobą to wielkie wyzwanie, któremu niewielu jest w stanie podołać, bo wpływa na nie bardzo wiele czynników: zawód, ludzie nas otaczający, nasz status społeczny, własna definicja szczęścia czy małe / duże cele które sobie wyznaczamy. Jeśli jednak akurat ktoś z Was, ewentualni czytelnicy, nie ma w naturze przelewania swoich emocji na innych, ani nie chce uciekać się do używek, by się "zresetować", to medytacja ruchowa jest świetnym wyjściem.

środa, 16 listopada 2016

Woda do posiłku, woda po posiłku?


Dzień dobry. Dziś, ze względu na dość duże zainteresowanie, chciałbym poruszyć temat z pogranicza dietetyki. Mianowicie, wiele osób pyta, czy powinno się pić wodę / napój do posiłku (popijać), lub czy można pić po posiłku. Bowiem w tej tematyce kolidują ze sobą dwie tezy. Pierwsza - mówiąca, że picie do posiłku wpływa negatywnie na trawienie, bo rozrzedza soki trawienne i druga, wspominająca o tym, że sama woda ma bardzo pożyteczne oddziaływanie na organy wewnętrzne i w gruncie rzeczy stymuluje trawienie.

Z piciem po jedzeniu jest tak, że popijanie w trakcie jedzenia i ładowanie picia mniej więcej godzinę po jedzeniu, zwłaszcza w dużych ilościach, nie jest zdrowe, bo rozwadnia soki żołądkowe. Co więcej, jeśli jest to picie z kofeiną (cola, kawa), rozluźnia też odźwiernik i wpust żołądka (co może skutkować złudnym wrażeniem 'nadkwasoty' lub gorzkim odbijaniem w wyniku cofania żółci z dwunastnicy do żołądka). Jeśli jest to z kolei picie na cukrze (mocno słodzona herbata, kawa, słodki napój) to potrzeba do jej strawienia innych enzymów, niż do np. kawałka mięcha, które właśnie wchłonęliśmy i nasz organizm może nie wyrobić z ich produkcją, co skutkuje źle strawionym pokarmem, a więc słabo wchłoniętym w jelicie cienkim i stanowiącym pokarm dla patologicznych bakterii w jelicie grubym. Gazy, wzdęcia, poczucie ciężkości i ogólne złe samopoczucie

Warto jednak pamiętać, że większość ludzi jest chronicznie odwodniona (ponieważ picie herbaty, nawet niesłodzonej, nie nawadnia naszego organizmu. Często bywa tak, że organizm wykorzystuje więcej wody do strawienia napoju, niż dostaje w wyniku jego wypicia), a woda jest wielkim wsparciem dla trawienia (w każdej innej okoliczności, niż gdy rozrzedza soki żołądkowe) bo dzięki dobremu nawodnieniu, błona żołądkowa jest gruba i mocna (mniej podatna na podrażnienia, nadżerki), żołądek produkuje więcej soków żołądkowych, a resztki pokarmowe z jelita cienkiego i grubego są 'spłukiwane'.

 Czyli zgadzają się obie tezy:
1. nie pijemy po posiłku / do posiłku
2. w każdych innych okolicznościach pijemy i to w opór. Dobrej wody mineralnej, nie napoju słodzonego.

Pamiętajcie też, że większość z nas ma dysbiozę w większym lub mniejszym stopniu. Jesteśmy leczeni antybiotykami, a do antybiotyków zazwyczaj zarzuca nam się 'dowolny pierwszy lepszy' probiotyk / osłonkę. Podczas, gdy flora jelitowa to bardzo złożony system odpowiedzialny za cholernie dużo funkcji organizmu (nie tylko trawienie!). Warto badać swoją florę jelitową i suplementować się dobrymi probiotykami. Powiem więcej, wg. mnie probiotyki powinny być 'must have' w zestawie supli regeneracyjnych tak samo jak bcaa i - czasami - kompleksy witaminowe. : )

Świadomość tego, jak funkcjonuje nasz układ pokarmowy jest bardzo niska i gdy czujemy, że coś nam szwankuje, warto szukać takiego specjalisty, który ma umiejętności zarówno z zakresu gastroenterologii jak i dietetyki, bowiem dużo częściej to dietetycy doszukują się innowacji, zgłębiają swoją wiedzę i starają się rozwijać, znajdować przyczyny, podczas gdy akademiccy gastroenterolodzy postępują według protokołów leczenia i jeśli nasza niestrawność / pochodna dolegliwość nie jest 'uleczalna' ich metodami, kwalifikują nas do IBS i wysyłają do psychiatry. Such a shame...

poniedziałek, 19 września 2016

Zaproszenie. : )


Jeśli już skusiłeś/aś się na rzucenie okiem w ten post, proszę Cię, poświęć następne dziesięć minut swojego życia i doczytaj go do końca. Wiem, że trochę tego jest, a czas to pieniądz, ale myślę, że czasem trzeba dać szansę ślepemu losowi. Na doznanie czegoś nowego, na jakąś zmianę. Do sedna: Chciałbym zaprosić Cię na swoje zajęcia. Ale nie w taki zwyczajny sposób, jak to fitness-maniacy mają w zwyczaju "cho, siema, zrobimy kratę na brzuchu i będziemy się lansować na plaży". Chcę Cię zaprosić na Capoeirę, a przy tym wytłumaczyć jak może Ci się ona przydać i czemu wierzę, że jesteś jedną z tych osób, która świetnie odnajdzie się w tej formie ekspresji sportowej. Nigdy w życiu nie chciałbym nikomu wciskać kota w worku. To jak, poświęcisz mi chwilkę? Jedziemy:

Z każdą dyscypliną sportu jest tak, że ludzie podziwiają jedynie owoce chwały. Fajnie jest oglądać, gdy ktoś kopie fajne obrotówki, skacze salta, strzela gole lub wrzuca kosz za koszem bez większego zmęczenia. Wygląda to banalnie łatwo, gdy robi to osoba wprawiona, jednak zazwyczaj popkultura pomija rzecz ciężką: treningi, przygotowanie. Ludzie, którzy zastanawiają się nad przystąpieniem do jakiejkolwiek formy sportowej, często zniechęcają się zanim jeszcze wyjdą z domu, tłumacząc się sobie, że "nie mam talentu, nie mam formy, nie mam (tu cokolwiek)". W gruncie rzeczy takie działania doprowadzają do dalszego zastoju, stagnacji i braku jakichkolwiek efektów, bowiem każdy mistrz, którego znam, którego Ty znasz, zanim stał się mistrzem, "zaliczył tyle gleb, że mógłby zostać geodetą".

Dlaczego wierzę, że moje zajęcia są w pewien sposób wyjątkowe? Bowiem ich celem nie jest narzucenie Ci obowiązku pracy nad sobą, poczucia, że "eh, jeśli chcę mieć fajny tyłek / brzuch / klatę, muszę znów ruszyć dupę na trening". Moim zamierzeniem jest stworzyć, zestawić grupę ludzi, która sama się będzie napędzała. Środowisko, do którego będzie się przyjemnie wracać, które będzie się ze sobą czuło dobrze zarówno na treningu jak i poza nim. W takim środowisku trening nie jest obowiązkiem, tylko przyjemnością, którą chce się kontynuować bez znużenia.

Skąd wiara, że przez Capoeirę da się osiągnąć taki efekt? Bo jest to dyscyplina sportowa, która ze względu na swoją wszechstronność, integruje ludzi z najróżniejszych środowisk i - w moim mniemaniu - wyciąga z nich to co najlepsze.

Capoeira dla wielu jest "sztuką walki ukrytą w tańcu". Zgodzę się i się nie zgodzę. Capoeira sama w sobie jest dyscypliną (sztuka walki, której 'walka' rozgrywa się w tak zwanej grze Capoeira - "roda de capoeira"), ale jednocześnie jest też narzędziem, które może przydać się:

-zawodnikom kontaktowych sztuk walk (Capoeira świetnie poprawia balans, świadomość środka ciężkości ciała, poszerza wachlarz technik kontaktowych o innowacyjne podcięcia, obalenia, klasyczne oraz nieszablonowe, aczkolwiek skuteczne kopnięcia)

-instruktorom / instruktorkom fitness (w związku z serią niekonwencjonalnych ruchów, form wykorzystania ciała, pomaga urozmaicić rutynę treningową)

-tancerzom / tancerkom (poprawia świadomość ciała, wyczucie rytmu, wplata 

-gimnastykom/czkom (uczy wykorzystywania figur w nowy, niekonwencjonalny dla klasycznej gimnastyki i akrobatyki sposób)

-capoeiristom trenującym dotychczasowo bezkontaktowo (jestem trenerem, który przez całą swoją karierę przeplatał capoeirę z kontaktowymi sztukami walki i wiem, jak wykorzystywać poszczególne elementy Capoeira w walce kontaktowej)

-osobom powiązanym z parkour, freerun lub trickingiem (otwiera głowę, pozwala odnaleźć nowe formy ruchu i 'posługiwania' się swoim ciałem w 'akcji')

-osobom chcącym poprawić swoją sprawność i wygląd, robiąc to w przyjemny sposób, wracać na trening z uśmiechem, a nie poczuciem ciążącego na nas obowiązku

-w końcu osobom szukającym nowej pasji, nowych doznań i świeżych środowisk, jednostkom zakochanym w poznawaniu nowych ludzi. Nawet jeśli są to osoby, które od zawsze miały, mają i chcą mieć dalej sport głęboko ... W nosie.

Uważasz, że Twoje ciało nie ma szans na wykonanie pewnych figur, osiągnięcie tak rażącej w oko sprawności? Błąd. Wszystko dzieje się OD ZERA, będziesz prowadzony/a krok po kroku. Prócz trenera głównego i - ewentualnie od czasu do czasu - asystenta / asystentki, na sali nie ma żadnej zaawansowanej osoby, nikogo, kto mógłby (w wyobrażeniu nowicjusza) w prześmiewczy, lub krytyczny sposób patrzeć na to, jak rozwijasz się w Capoeira. Wszystkie elementy, kroki, cała podstawa przekazywana jest od zera, tak, by docelowo adept mógł ze swoim zestawem technik uczestniczyć później na 'równych zasadach' w bardziej zaawansowanych treningach, warsztatach Capoeira, by nie musiał 'nadganiać' na szybko. A opanowanie podstaw Capoeira, figur, ruchów, kopnięć, otwiera wielki świat warsztatów, zlotów, pokazów, zawodów i festiwali kultury afro-brazylijskiej w całej Polsce, które prócz oczywistego aspektu sportowego, zapewniają olbrzymią dawkę integracji z niesamowitymi ludźmi z niemal każdego środowiska.

Capoeira, jako sztuka walki, oferuje też pewien prestiż, wiążący się ze zdobywaniem stopni (sznurów, w Capoeira nazywanych 'corda'), które określają poziom zaawansowania danego adepta, podobnie jak pasy karate / taekwondo / bjj.

Ja sam, jako trener, pragnę zebrać choćby najskromniejszą trzy-czteroosobową grupę, która będzie ze mną pracowała, której będę mógł się poświęcić i przekazać swoją pasję najlepiej jak tylko potrafię. Wszystko, czego oczekuję, to by przyszły adept / adeptka podjął ten jeden trudny krok - wyszedł i pojawił się na treningu. Spróbował. Bo kto nie ryzykuje, szampana nie pije. ;)

Capoeira w swojej ostatecznej formie, w tzw. grze / jogo de capoeira / roda de capoeira wygląda różnie, zależnie od rytmów i poziomu zaawansowania. Detali z pewnością dowiesz się na treningu, jednak, by zobrazować jak może wyglądać Capoeira, pokażę przykłady "roda" (gry capoeira) wykonywanej w umiarkowanym tempie przez początkujących:

Jak i gry Capoeira wykonywanej przez mistrzów, na prawdziwie wysokim poziomie:

W formie walki, wykonywanej w konwencji Capoeira:

Oraz Capoeira użytej poza konwencją, w klatce MMA:


Moja oferta jest o tyle specyficzna, że jeśli chodzi o Capoeirę, przedkładam przekazanie autentycznych umiejętności nad komercję, zarobienie pieniędzy. Dlatego też dla osób nieprzekonanych, PIERWSZE TRZY TRENINGI SĄ DARMOWE.

Wrocław, ul. Bałtycka 19, SALA NIEBIESKA. Klub Sportowy Taekwondo Samuraj. 
Wtorek: 18:00
Piątek: 17:00
https://www.facebook.com/pawarts/ -> oficjalny fanpage i kontakt. 






wtorek, 2 lutego 2016

Ewolucja metod treningowych


Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego to właśnie na "tradycyjnych" sztukach walki najczęściej się słyszy, że by osiągnąć jakąkolwiek skuteczność, trzeba poświęcić dużo więcej czasu niż w przypadku sportu walki? Najczęstszymi tłumaczeniami zazwyczaj było to, że sporty ukierunkowane są jedynie na dopięcie do perfekcji umiejętności walki wg. danych zasad, formuły, itp. a trening "tradycyjny" rozbudowywany jest często o techniki specjalne, akrobacje, kata, (od czasu do czasu) broń białą i tzw. "otoczkę kulturową".

Oczywiście, wspomniane argumenty znajdują swoje potwierdzenie na sali, jednak myślę, że wyliczając, czemu jest tak, a nie inaczej, często pomija się samą metodykę treningu. Sport - boks, kickboxing, mma - to miejsce, gdzie dochodzi do wiecznych konfrontacji, sprawdzania umiejętności więc naturalnym jest, że w drodze ewolucji, wprowadza się coraz to nowsze, bardziej przemyślane metody treningowe. W innym wypadku zawodnik, albo nawet cały klub, mógłby przestać liczyć się na sportowej scenie, osiągać jakiekolwiek sukcesy.



Innym, naturalnym dla sportowców, a niemal obcym dla "tradycyjnych" motywatorem jest presja. I tu przykładów jest mnóstwo. Chodzi mi o takie sytuacje, gdzie tradycyjny przez całe życie trenuje swoją technikę / kopnięcie / uderzenie w "szeregach", albo w parach z podkładającym się przeciwnikiem, więc może swobodnie dopasowywać dynamikę wykonywania techniki do swojej "sfery komfortu" (tzn. żeby się zbytnio nie zmęczyć, bo przecież to nie jest przyjemne uczucie ;]). Sportowiec nie może sobie na coś takiego pozwolić. Znaczy - oczywiście, najpierw wykona swoją technikę kilka razy na sucho, żeby zrozumieć ruch. Będzie go powtarzał, doskonalił, wyłapywał nowe szczegóły, jednak dość szybko dostanie okazję do zweryfikowania tego, czego się nauczył "w akcji". Podczas sparingów BJJ lub walk kickboxerskich nie ma miejsca na niedopracowane, byle jakie techniki, bo albo się będzie klepało, albo ... Dostanie w ryja!



Zarówno w sportowej jak i tradycyjnej odmianie sztuki walki bardzo ważne jest, by prowadząc swoich uczniów / podopiecznych, stosować takie metody, które niemal 'zmuszą' ich do rozwoju. Mówię tu o drillach trenujących pamięć ciała, czy ćwiczeniach kondycyjnych, w których prócz wytrzymałości ciała hartuje się też charakter. No bo powiedzmy sobie szczerze - nie każdy jest na tyle zdeterminowany, żeby dać z siebie więcej, niż 100%. A na tym polega trening - na przekraczaniu swoich własnych granic. Na rozwoju.